Kraina Kayami

Przyłącz się do naszego fantastycznego świata...
 
IndeksFAQSzukajRejestracjaGrupyUżytkownicyZaloguj

Share | 
 

 Dom Cechu Kurtyzan

Go down 
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Dom Cechu Kurtyzan   Sob Mar 07, 2009 8:49 pm

Tutaj każda kurtyzana może popisać się swoimi zdolnościami jednocześnie je rozwijając. (Punkty doświadczenia przydzieli MG po ocenie postu)
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Kurtyzan   Nie Mar 22, 2009 4:34 pm

Pozwolę sobie napisać w dwóch częściach, lub 3... zobaczymy ;P

Wicehrabia na bal – część 1

Wszedł do budynku. Pierwszy raz tu przebywał. Poprawił boa na szyi, futro na ramionach i dumnie kroczył. Nie potrzebna była chwila, by doszedł do recepcji. Drewniana, biała lada. Oraz jakaś urocza kobieta za nią. Pytanie z mej strony zabrzmiało krótko: „Czy są jakieś zlecenia?” damulka podała jakieś sześć kopert. Dawno już nie było tyle propozycji, zapewne po balu wszystko się rozniosło. Podrapał się po głowie idąc do beżowego fotela, następnie usiadł na nim. Założył zgrabnie nogę na nogę. Zaczął przeglądać koperty wnioskując po statusie nadawcy, od kogo najwięcej można by dostać… Ha! Markiz coś chciał. Koperta została szybko rozdarta. List szybko wyprowadzony na światło dzienne, cóż to tak wysoko postawiona osoba chciała od niego? Czytał szybko, i równie szybko mina mu zrzedła.
-Czyżby nasz kochany markiz ze schodów spadł?
Usiłował to obrócić w żart, podarł list w którym były zapisane przeróżne zbereźności. Następna osoba po markizie to… Hrabina? List był zwyczajnie podpisany, tylko „Hrabina”. Dzieciak już się domyślał od jakiej ekscentrycznej osoby mogło to być. Mimo to otworzył. Zaczął czytać. Spuścił głowę… Zaczął się zwyczajnie śmiać. List sprzed tygodnia, zapraszała go na ostatni bal u Elfów i Zwierzołaków. Trudno, trochę za późno. Następny w kolejce wicehrabia. Jeszcze nie miał okazji go poznać. Ciekawie… Propozycja udania się na bal z okazji czyjś tam urodzin. Cena nie podana. Kolejny bal… Oczka chłopakowi się zaświeciły. Podszedł do pani z recepcji i pokazał jej zlecenie.
-Przyjmuję to, proszę to przekazać wicehrabiemu, dobrze?
Kobieta tylko przytaknęła. Data i czas były dokładnie określone na liście. Ruszył do domu aby się odświeżyć, przygotować. Gdy dotarł do swego progu, natychmiast ruszył do łazienki, przyjemna kąpiel z pianą. Wyszedł i starał się dosuszyć, dużo czasu nie miał. Jedną ręką rozczesywał włosy, drugą grzebał w szafie w poszukiwaniu odpowiedniego stroju. Typowe do jego gustu, czerwone, dopasowane, spodnie podkreślające tylko jego zgrabne nogi. Fioletowa koszula, z rękawami do łokci - pod kolor oczu. Spojrzał na lustro, jak całość wygląda, jeszcze bez dodatków. Nienajgorzej. Woda z cukrem na włosy aby uzyskać jakąś trwalszą fryzurę. Na ogon czarna kokardka, tego samego koloru rękawiczki w siateczkę do nadgarstków. Skórzana obroża na szyję. Czarne buty na lekkim obcasie. Całość wyglądała dobrze. Mimo wszystko spodnie gryzły się z całą reszta, nie pasowały do niczego. Pogrzebał dłuższą chwilę i przebrał je na szare identycznego kroju. Znów zerknął.
-Zbyt ponure jak na urodzinowy bal…
Mruknął sam do siebie. Rozebrał do bielizny. Spodnie pod kolor oczu – fiołkowe. Seledynowa koszula, lecz mimo wszystko znów ten sam krój, tylko inne kolory. Luźne rękawy mimo dopasowanego materiału to klatki piersiowej, tej samej barwy wstęga na ogon. Białe rękawiczki do nadgarstków, lecz zwykłe, z jedwabiu. Biała obroża. Zapiął wszystkie guziki koszuli, również śnieżnobiałe. Podtapirował lekko włosy. Wsunął stopy w jasnozielone buty z czarnym obcasem (nie szpilki! – dop. autora). Narzucił na szyję jakąś jasną chustę, a na ramiona szary płaszcz, spiął go pasem w tali. Więc wyszedł z powrotem do domu cech, gdyż tam był umówiony z owym wicehrabią. Usiadł w holu i czekał na ową osobistość. Nie musiał długo grzać swych czterech liter w fotelu, niemal natychmiast pojawił się jakiś mężczyzna. Kasztanowe włosy, szare oczy i czarny płaszcz. To pierwsze rzuciło się w oczy, bez zawahania podszedł do kotołaka.
-Przepraszam, Dulce deSharlotte? – zapytał spokojnym tonem.
-Zgadza się. – odpowiedziałem krótko. Ten znów bez zawahania chwycił mnie za dłoń i zaczął ciągnąć do wyjścia. Pierwsza myśl że to jakiś napaleniec… Jednak szybko wytłumaczył.
-Nie zdążymy.
Więc sam przyśpieszyłem kroku. Po chwili znajdowaliśmy się w powozie. Niemal natychmiast ruszył.
-Nie miałem jeszcze okazji się dowiedzieć, z kim mam przyjemność?
– mruknąłem niepewnie.
-Wicehrabia Aleksander Quelrock
– odezwał się już spokojniej spoglądając na zegarek. Dalsza droga została przebyta w milczeniu…

Ciąg Dalszy Nastąpi >3
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Kurtyzan   Nie Mar 22, 2009 6:16 pm

Uh, mam to sprawdzać czy czekać na 'następną' część? Du to cech, nie miejsce do pisania opowiadań dzielonych na x rozdziałów.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Kurtyzan   Wto Mar 24, 2009 4:35 pm

Cz.2
Wreszcie powóz się zatrzymał. Otworzono wyjście z karety od strony Wicehrabi. Wyszedł i podał swą dłoń wypożyczonemu towarzystwu. Dzieciak więc skorzystał i oparł swą dłoń na jego wychodząc przy tym z pojazdu. Chwycił go pod ramię i teatr się zaczyna… Głowa niby dumnie do góry. Delikatny uśmiech na twarzy. Najbardziej był dziwiący brak jakichkolwiek wskazówek zachowania. A więc trzeba się w miarę dopasować, skorzystać z kontaktów możliwych do poznania na przyjęciu. Otworzono wielkie drzwi do Sali balowej. Wyczytano nazwisko klienta oraz dodano „z osobą towarzyszącą” załamujące. Kij z tym, dzieciak dorobił się stanu, ze mógł brać sowite zapłaty, taka myśl wystarczyła, aby przeżyć ów słowa. Po dłuższej chwili wreszcie coś zaczęło się dziać. Muzyka… Możliwość tańca. No cóż, jego zadaniem było umilenie czasu tej niemowie – czyt. Wicehrabiemu. Więc dłoń przed siebie w jego stronę.
-Zatańczy Pan? – przy tym tajemniczy, dyskretny uśmiech. Któż by się nie oparł? Nawet goryl by pozwolił na chwilę zapomnienia. Poczuł dłoń na swojej, która szybko zmieniła pozycję. Klient chciał prowadzić, mimo to, z jego twarzy trudno było wyczytać jakiekolwiek emocje. Trzeba było dopełnić ów brak uczuć, aby dobrze wyglądali. Stali na parkiecie, wolny taniec na rozpoczęcie… Eh, jakoś trzeba to przeżyć. Poczuł dłoń na biodrze, sam oparł na ramieniu. Walc wiedeński. Takt… Jak to szło? Raz, dwa, trzy? Coś w ten deseń. Na palce, krok z lewej nogi w tył. Znów na palce, tym razem z prawej w przód… Wielka filozofia. Tańczyli.
-A więc, Panie, dlaczego wybrałeś mnie na tą wizytę? – przymknął oczy poruszając się na wyczucie, zresztą, pozwalał się prowadzić.
-Nie wiem, polecono Ciebie, więc tak wyszło. – odpowiedział. Rozmowa się nie kleiła w żadną stronę. Trzeba było szybko coś wymyślić. Ha! Jak na życzenie walc się skończył i rozbrzmiała żwawsza melodia. Du tylko się uśmiechnął sympatycznie. Otworzył oczy kierując je na twarz mężczyzny. No i szybsze tempo ruchów… Piruet, naprzemienne ruchy barkami. Kroki do przodu, do tyłu. Już tyle wystarczyło by garstka osób zwróciła na nich uwagę. Znów piruet. Przyciągnął się do niego na odległość oddechu, by po chwili zrobić kilka kroków do tyłu. Znów piruet. Lecz ile można męczyć kogoś, nie przyszedł tu aby dobrze się bawić. Tak więc zaciągnął szlachcica do stołu z przekąskami. Powybierał niemal same owoce związane z erotyzmem… Czereśnie, truskawki, wiśnie, baleron… Usiadł gdzieś przy stole. No i zaczął próbować, cóż jakiej świeżości były owoce. Nienajgorsze. Coś nie tak nadal było z Aleksandrem. Puścił mu oczko i pociągnął za dłoń na taras. Nie trwało to długo i już stali pod czarną kołdrą zwaną nocą.
-Czy coś się stało? – najpierw młody zapytał niepewnie. Nie usłyszał odpowiedzi. Poczuł zimne wargi na swojej szyi, a po chwili dziwny ból. Jego klientem był wampir. Czuł jak upija z niego krew. -Tylko nie za dużo… - zwierzołak mruknął cicho. Czuł jak go siły opuszczają. Wreszcie Wicelord oderwał się od jego szyi. Nie można było tego nazwać czymś przyjemnym, chociaż z drugiej strony, zależy jak dla kogo, mężczyzna oblizał usta. Humor zdecydowanie mu się poprawił. Uśmiechnął się wdzięczne do dzieciaka który półprzytomnie na niego spoglądał, w dodatku ledwo stojąc. Chwila musiała minąć zanim doszedł do siebie. Oparł dłoń na jego torsie. Zamruczał cicho. Wampir oparł się o ścianę za nim. Dzieciak stanął na palcach i liznął go lekko w podbródek, następnie w szyję i pozostawił na nie delikatną malinkę. Przede wszystkim, nie można całować klienta, główna złota zasada, zresztą prosta, aby się nie zakochać. Zjechał ustami na jego obojczyki odpinając jeden guzik jego koszuli, co ułatwiło dostęp. Zamruczał cicho. Słychać było muzykę aż na tarasie. Wolna piosenka… A atmosfera się rozluźniła. Poczuł jedną dłoń na biodrze, a drugą jak splata się z jego, sam jedną oparł na ramieniu. Przymknął oczy i rozpoczął się wolny taniec. Był prowadzony i mu to nie przeszkadzało. Jednak, okres „wypożyczenia” się kończył, tak samo jak bal. Do 23 godziny obowiązywał kontrakt, tak więc jeszcze 15 minut i many-many… Tak więc, na zakończenie pozwolił go sobie cmoknąć w usta, delikatnie… Aby nie zapomniał o nim i kiedyś znów zainwestował w towarzystwo, dosłownie. Następnego dnia, tylko poszedł do recepcji po odebranie zapłaty.
KONIEC
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Kurtyzan   Sro Mar 25, 2009 12:06 am

Zapłata, zapłata. Chciałbyś.

+ 110pd
+ 250t tania dziunia z ciebie ;d
- 25 pż
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Kurtyzan   Sob Kwi 04, 2009 11:23 pm

Tak więc kolejne zlecenie przez dom cechu zostało dostarczone. Ujrzawszy nadawcę – Markizę de Malouin – delikatnie mówiąc zdziwił się. Była zaledwie informacja że ta pragnie się z nim spotkać, lecz było w tym coś niecodziennego, gdyż pragnęła towarzystwa na kolacji, zamiast swego męża. Coś nie pasowało… Jednak przygotowania zostały rozpoczęte. Efekt końcowy był niezły. Granatowy garnitur, fioletowa kokarda pod szyją, biała koszula. Tak więc narzuciwszy na siebie futro zaczął podążać do owego zamku. Droga całe szczęście szybko minęła. Zamczysko… Uh. Podnosił się ostatni posiłek na jego widok. Zaniedbane z zewnątrz od wszystkich możliwych stron. Po wejściu okazało się, że nie wygląda lepiej od środka. Miał tutaj spotkać klientkę. Tak więc wkroczył do Sali jadalnej, wcześniej oddawszy niechętnie futro lokajowi, zmarznie o ile się nie przeziębi. Cała śmietanka towarzyska. Dojrzał ów kobietę która zamówiła jego towarzystwo, tak wiec zasiadł obok niej. Jedyne co to krzesła były wygodne.
-Witaj Pani… Tak więc oto jestem. – dzieciak uśmiechnął się szarmancko, na co odpowiedź otrzymał krótką.
-Masz robić dobre wrażenie mojego siostrzeńca. – koniec objaśniania. W duszy wrzasnął zirytowany, jednak nie dał po sobie poznać. Podsunęła mu tylko karteczkę z jego nowymi danymi osobowymi na ów wieczór. Gdy przejrzał całość chciał się załamać. Udawanie skromnego, lecz egoistycznego łowcy będzie „interesującym” doświadczeniem. Tak więc czas rozpocząć przedstawienie. Do stołu zasiadło jeszcze kilka osób. Wreszcie rozniósł się zapach świeżych potraw. Służba poustawiała tace, półmiski i inne naczynia na stole. Nakładali na talerze gości przeróżne potrawy. „Łowcy” trafił się ten zaszczyt otrzymania półsurowego mięsa z owcy. Fuj! W duszy zamalowało się przerażenie. Lepiej odejść na moment od stołu, tak to wyśmienity pomysł. Tak też zrobił. Przeprosił grzecznie na moment i wyszedł na balkon. Ogród wieczorem wyglądał fenomenalnie. A szczególnie labirynt z żywopłotów zachęcał do odwiedzenia. Jednak tylko zszedł po schodach na ziemię. Nagle poczuł jakiś uścisk na obu nadgarstkach. Ręce wykręcane i łup o ścianę. Nie wiadomo kiedy, miał już związane ręce. Usłyszał tylko kilka słów. Osuwając się na ziemię.
-Markiza miała rację, wyszedł… -i ciach. Ciemno przed oczyma.
Gdy się obudził gwałtownie otworzył oczy. Głowa niemiłosiernie bolała. Rozejrzał się. No ładnie. Jakiś namiot. Najprawdopodobniejsza możliwość – został uprowadzony dla okupu. Jednak po co komuś dzieciak do towarzystwa? Śmieszne. Głucha cisza. Czyżby rola życia? Tak więc nabrał powietrza w płuca… Po czym wydał z siebie przeraźliwie głośny krzyk:
-Gdzie ja jestem?!!!
Jeśli była jakaś osoba na zewnątrz, trudno aby tego nie usłyszała. Tak też się stało. Ktoś zareagował i wszedł zdegustowany wrzaskami.
-Czego się drzesz? – zapytał jakiś mężczyzna wymiarów szafy. Czarna broda, długie włosy. Luźna koszula i spodnie z krokiem niemal w kolanach. Coś w żołądku się poruszyło… Tak w górę. Zwięźle mówiąc na ten widok miał odruch wymiotny. Ale cóż, są gusta i guściki.
-Nareszcie ktoś do towarzystwa. Więc… Gdzie jestem? Co tutaj robię? Dlaczego nie ma tu czystej pościeli? Gdzie mój adwokat? Ile chcecie za mnie? Czemu na twój widok chce mi się wymiotować? Dlaczego mnie uprowadziliście? Czemu nie ma tu nic do jedzenia czy picia? – ah, dzieciak pozwolił sobie na gradobicie pytań. Sądząc po tępym wyrazie twarzy okupiciela, nie był w stanie nawet na jedno pytanie odpowiedzieć. Z braku reakcji owego goryla dyskretnie go poprosił…
-Rozwiąż mnie.
Ów niezwykle dyskretne pytanie chyba też było zbyt trudne ponieważ szafa podrapała się po brodzie i sobie poszła. Gratulujemy rozgarnięcia. Tak więc nadal skrępowanymi dłońmi zaczął kręcić usiłując wyswobodzić je. Poczuł coś zimnego, a zarazem ostrego na karku. Zaprzestał ruchów. By po chwili usłyszeć kobiecy głos.
-Niedobry kotek, siedź spokojnie.
Nie widział postaci, ale zimny ton nie sugerował nic dobrego.
-A może tak kotka wypuścić? – zasugerował sam od siebie przesłodkim tonem.
-A może kotek chce mieć podcięte gardło? – odpowiedź usłyszał, pytanie na pytanie.
-A może kotek się zdenerwuje? – westchnął cicho. W tym momencie ostrze zostało odsunięte. Usłyszał tylko kroki. Aby po chwili widzieć elfkę o szarej karnacji i czarnych włosach. Oczy miała zasłonięte.
-A co ty możesz? – podniosła powieki ukazując białe tęczówki.
-Więcej niż myślisz. – mruknął cicho pieszczotliwym tonem. W tym momencie zaczął padać śnieg. Zwarzywszy na już ciepłą temperaturę, każdy płatek był niczym wbijany nóż w ciało, zimne na rozpalonym ciele, nie, lodowate na rozpalonym ciele. Z całą pewnością nie było to przyjemne. Ale „kotek’ musi sobie radzić w różnych sytuacjach. Komuś podpadnie i taka sytuacja snów się może powtórzy? Tak więc nie czując rozplątywania sznurów na nadgarstkach czas wytoczyć cięższą artylerię. Tak więc zamienił się w kota i wylazł ze sznurów. Wybiegł. Ah, pogoń za nim, czyli ów goryl i elfka. Byli na jakiejś łące obok lasu, tak więc szybko miedzy drzewa. Czmych na gałęzie, jedna po drugiej wzwyż. Ta dwójka osobników chyba naprawdę nie miała pojęcia o łapaniu. Zszedł z drzewa i jak najszybciej pomknął do ich obozu. A co! Przeszukał dwa namioty. W jednym z nich przebywał i przeszukał jakiś kufer, koperta z pieczęcią markizy... Ciekawie. W drugim również była jakaś skrzynia lecz zamknięta. Schował co znalazł i już go nie było. Tak więc dane Markizy się przydadzą. Ruszył do niej. Gdy znalazł się przed drzwiami jej rezydencji zapukał spokojnie. Gdy mu otworzył lokaj, wszedł dumnie następnie czekając na panią domu. Gdy ta się zjawiła i go zobaczyła stanęła niczym posąg.
-Zważywszy na to co się stało, mam nadzieję na spore wynagrodzenie. Chyba że zgłoszę co trzeba komu trzeba.
Podniósł jedną brew spoglądając na nią. Nie obchodziło go dlaczego właśnie on. Czekał jedynie na dofinansowanie… Jakie to ciekawostki można znaleźć, lub co można się dowiedzieć w tym niepozornym zawodzie. Chłopak poznał tajemnicę Pani de Malouin. Otrzymawszy odpowiednie w łapę zniknął z jej życia pozostawiając list dla siebie. Informację o zleceniu morderstwa… Z podpisem znanej osobistości.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Kurtyzan   Pon Kwi 06, 2009 8:56 pm

Nie mam dzisiaj do tego głowy. Uh, jak były błędy to ich nie zauważyłem. W sumie, nie zrozumiałem o co tu dokładnie chodziło. Ale moja wina xp

+ 120pd
+ 200t
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Kurtyzan   Pon Kwi 06, 2009 9:12 pm

dzienkowac... ja sam nie wiem co tam napisałem ale kij z tym.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dom Cechu Kurtyzan   

Powrót do góry Go down
 
Dom Cechu Kurtyzan
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Kraina Kayami :: Tereny pomiędzy królestwami :: Miasto kupców-
Skocz do: