Kraina Kayami

Przyłącz się do naszego fantastycznego świata...
 
IndeksFAQSzukajRejestracjaGrupyUżytkownicyZaloguj

Share | 
 

 Dom Cechu Łowców

Go down 
AutorWiadomość
Elys

avatar

Liczba postów : 1934
Age : 26
Registration date : 10/06/2008

Karta postaci
Srebrniki:

PisanieTemat: Dom Cechu Łowców   Pią Lut 27, 2009 4:56 pm

Tutaj każdy łowca może popisać się swoimi zdolnościami jednocześnie je rozwijając. (Punkty doświadczenia przydzieli MG po ocenie postu)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://rasyfantasy.forumpolish.com
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Wto Mar 03, 2009 1:03 pm

Weszła do sali, rozglądając się po wnętrzu. Oj, dawno jej nie było w tej krainie.
Słyszała, że cech ma dla niej jakąś robotę, a że chciała rozwijać umiejętności i samą siebie, to nie miała nic do stracenia. Zresztą, zadanie dla takiej płotki jak ona nie może być jakieś zabójcze.
Pełna optymistycznych myśli, ruszyła do biurka, za którym siedziała jakaś starsza kobieta - recepcjonistka pewnie jakaś. Wampirzyca zamieniła z nią kilka słów, a po rutynowym "proszę zaczekać" usiadła na średniej jakości krześle, no i czekała. Na szczęście nie za długo, po kilku chwilach kobiecina wróciła z jakimś podstarzałym jegomościem, który tytułował się Mistrzem. Atariel skrzywiła się lekko i zlustrowała go wzrokiem - wyglądał jak każdy przedstawiciel swojego gatunku, czyli kompletnie nie jak Mistrz Łowców. Łysiejący z lekka, otyły (ach, dobrobyt), odziany w jakieś szmatki z ostatniej mody, pierścienie. Dziewczyna pokręciła w duchu głową. Dzisiejsza moda męska robi z mężczyzn jakieś baby, tyle, że brzydkie. A pierścionków to nawet ona nie nosiła, po prostu mogą przeszkadzać w pracy.
Słuchała egzaltowanych słów jegomościa, myślami błądząc daleko. Dzięki temu wyłapywała tylko istotne słowa, które razem tworzyły sens wypowiedzi. A ten sens mógł zostać zawarty w jeno 3-4 zdaniach, a nie całym potoku wymowy, miejscami błędnej w dodatku.
Gdy Mistrz skończył, zasapał się i poczerwieniał na twarzy, bo aby wyrazić emocje, żywo gestykulował. Otarł czoło chusteczką i spojrzał wyczekująco na wampirzycę, która skinęła głową. Jegomość odszedł, uśmiechając się na pożegnanie. Atariel uczyniła to samo. W drodze na miejsce zadania, usiłowała ułożyć sobie plan. Trudne to nie było, miała tylko przedrzeć się do obozu trolli leśnych, oszacować ich wielkość i uzbrojenie, obawiano się bowiem ataku z ich strony. Ot, miła robótka na słoneczny dzień. A że dostała jako takie instrukcje, gdzie leży ich obozowisko, to miała zadanie nad wyraz łatwe. A przynajmniej tak sądziła.
Idąc ulicami miasta, zatkała swój wrażliwy nos, teraz wystawiony na opary z rynsztoku, w którym pływało dosłownie wszystko. Nawet zdechły kogut. Póki wszystko było zamrożone, smród nie raził tak bardzo, jednak teraz, podczas roztopów, wszystko cuchnie ze zdwojoną siłą. Atariel przyspieszyła kroku, chcąc jak najszybciej dostać się do lasu i poczuć świeże powietrze. Ci ludzie to gorzej niż trolle śmierdzą, pomyślała, rozglądając się i unikając obleśnych rąk jakiegoś kupca. Uniki miała już wypracowane, tych sklepikarzy roiło się tu tysiące, a każdy zachwalał swój mniej lub bardziej nędzny towar, a że starał się robić to głośniej niż sąsiad, to miasto pękało wręcz od kakofonii dźwięków - tu krowy, tam dzieci, kupcy, wrzeszczące kobiety, jakieś bójki. Wampirzyca aż się wzdrygnęła.
Dotarła w końcu na skraj lasu, który leżał dosyć blisko miasta - jedynie niewielka wioska oddzielała miasto od lasu. To pewnie o tę wioskę martwił się Cech. Czy raczej o rozległe i urodzajne pola, którymi zajmowali się ludzie ze wsi. Pokiwała w zamyśleniu głową i odwróciła się, wchodząc między drzewa. Starała się iść cicho, co nie było trudne, bo ścieżka była dobrze udeptana. Odtwarzała w pamięci słowa Mistrza traktujące o położeniu osady trolli. Mniej więcej wiedziała jak tam dojść, dlatego po chwili odbiła w prawo, zagłębiając się bardziej w las. Wciąż prowadziła ją ścieżka, więc dziewczyna szła szybkim krokiem, chłonąc czyste powietrze.
Kluczyła po lesie, czasem po ścieżkach, czasem w krzakach, aż w końcu dotarła do znaku, który zapewniał o tym, że jest się blisko trolli - ot, ludzka główka wbita na palik. Teraz już nieświeża raczej i odstraszająca bardziej swoim odorem niż wyglądem. At skrzywiła się, czując znowu drażniący zapach. Minęła pospiesznie znak, tu już jednak będąc nad wyraz ostrożną - nie wiedziała, czy te potwory wystawiają jakieś straże przed osadą, dlatego wolała pozostać czujna. No i proszę, nie minęła nawet godzina, a wampirzyca, ukryta za gęstym krzakiem, dojrzała dwójkę trolli, chrząkających o czymś z przejęciem. Nie wyglądali na specjalnie przejętych swoją rolą, trajkotali niczym niedawno mijane przekupki na targu. Z tą różnicą, że oni robili to z trzy razy głośniej. Atariel, na próbę, zaszeleściła krzakiem - zero reakcji ze strony strażników, którzy teraz chyba się kłócili. No to siup, pomyślała dziewczyna i cofnęła się nieco, by móc wejść za inne krzaki. Na jej szczęście, w głębi lasu było ciemniej niż na zewnątrz, co dawało jej jako taki kamuflaż. Marny strasznie, ale zawsze coś. Skradała się za krzaczyskami, widoczna mniej lub bardziej, jednak potwory teraz były na dobrej drodze do bójki i nie przejmowały się żadnymi dźwiękami typowymi wszak dla lasu.
Wampirzyca stanęła w końcu pod palisadą, zastanawiając się, co z tym fantem zrobić. Przecież głównym wejściem nie wejdzie. Spojrzała na zaostrzone końce pali. W sumie, jak będę ostrożna i zdołam położyć stopy między ostrymi końcami. Byle się tylko nie zachwiać, bo jak rzycią na to spadnę..., syknęła, mając taką scenę przed oczami. Otrząsnęła się po krótkiej chwili i klnąc nad swoją głupotą, wycofała się ponownie w krzaki. Postanowiła zaczekać na noc, kiedy będzie ciemno, a potwory padną spać. Usiadła na w miarę suchym pniu i czekała.

Wraz z nadejściem nocy, w lesie ściemniło się tak, że ledwie było cokolwiek widać na odległość ręki. Na szczęście obozowisko było oświetlone kilkunastoma pochodniami, co wampirzycy wystarczało. Podczas tego czekania, wpadła na niezły pomysł, o wiele bezpieczniejszy, niż jej wcześniejszy plan. Po prostu zajrzy za palisadę i zobaczy co tam jest, dzięki czemu oszacuje ile jest trolli i ich broni - nie za dokładnie, jednak o to się nie martwiła. I tak nikt tego pewnie nie sprawdzi. Odwinęła więc z pasa sznur, zakończony hakiem i zakręciła nim, obierając cel. Rzuciła, a hak zaklinował się w niewielkiej przerwie między palami. No cóż, dobre i to, pomyślała At, patrząc na swoje marne dzieło. Oby tylko mnie utrzymało..., pomyślała niepewnie, szarpiąc za sznur. Hak trochę się poruszył, jednak to go zaklinowało bardziej. Wciąż niepewna, wampirzyca zaczęła wspinać się po linie. Hak trochę się obluzował, ale trzymał póki co. Gdy po kilku nerwowych chwilach złapała rękami pale, odetchnęła z ulgą. Podciągnęła się na rękach, wychylając nieznacznie głowę. Jednak miejsce wybrała niefortunne, tuż poniżej palisady był jakiś namiot, który zasłaniał resztę osady. At zaklęła cicho i owinęła sznur wokół stopy, aby mieć jakieś oparcie. Podciągnęła się wyżej i zobaczyła już niemal cały obóz. Uniosła brwi, widząc, że trolli jest zaledwie kilku. Fakt, mogli siedzieć w namiotach, tych jednak też wcale dużo nie było. Specjalnie wyszukanej broni do zabijania też nie było widać, jedynie typowo myśliwskie łuki, wnyki i inne rzeczy leżały w pobliżu namiotów. Wampirzyca uznała, że taki rekonesans wystarczy. Już miała opuścić się na dół, gdy, czego należało się spodziewać, jakiś dzieciak ją zauważył i wrzasnął, wskazując grubym palcem jej twarz. Trolle wszczęły wrzawę i sięgnęły po łuki. Dziewczyna zaklęła głośno, odwijając pospiesznie stopę i spadając na ziemię, cudem unikając strzały wymierzonej w jej czoło. Poderwała się jak oparzona i zaczęła biec, starając się trzymać kierunek ku miastu, jednak wśród tych ciemności było to dość trudne. Za sobą wciąż słyszała ciężki tupot i charczenie potworów, na szczęście była od nich szybsza i mogła wbić się między ciasno rosnące drzewa. Trolle były za tęgie, dlatego powarczały coś tylko, usiłując zniszczyć drzewa, te jednak były zbyt wytrzymałe. Atariel, ciężko dysząc oparta o pień, słyszała, jak napastnicy odchodzą. Westchnęła z ulgą, gdy jej oddech się uspokoił. Weszła na drzewo, które miało najwięcej grubych konarów i ułożyła się na jednym z nich, oczekując nadejścia dnia.

Rano obudziło ją słońce, którego promyki przebijały się przez gęste liście. Wampirzyca przeciągnęła się, w ostatniej chwili uczepiając się gałęzi, aby nie spaść. Usiadła i rozejrzała się, jednak widok nic jej nie mówił - las jak las, tyle, że w tym miejscu to chyba wcześniej nie była. Westchnęła cicho i weszła wyżej, aby zobaczyć okolicę poza lasem. Błądzić po lesie nie chciała, zwłaszcza po wczorajszym. Na szczęście była lekka, więc gałęzie tylko lekko się ugięły pod jej ciężarem. Wampirzyca rozglądała się, chłonąc piękny widok - ach, żeby być artystą i to namalować! Jednak los poskąpił jej jakichkolwiek tego typu talentów. Miasto dostrzegła bez problemu, nawet znajdowała się całkiem blisko. Zeszła z drzewa i skierowała się ku wyjściu z lasu, nucąc po drodze jakąś skoczną melodyjkę.

Gdy ponownie znalazła się w Cechu, starszawa recepcjonistka bez słowa skierowała się po Mistrza. Przyszli oboje, mężczyzna uśmiechnięty, kobiecina obrażona.
- I jak się sprawy mają? - zagadnął Mistrz jowialnie.
- To tylko myśliwi - wzruszyła ramionami wampirzyca. - Żyją w lesie i polują na tamtejszą zwierzynę, broni jako takiej nie posiadają, kilka łuków tylko. A i trolli za wiele nie jest, może kilkunastu.
- Ach, dobrze, dobrze! Dziękujemy ci za pracę! - i odszedł. At stała chwilę, mrugając bezmyślnie. Jak to tak? "Dziękuję" i spadaj? Zmrużyła oczy, patrząc w ślad za jegomościem, który wielce zadowolony z siebie wracał do gabinetu. Dziewczyna zdławiła w ustach przekleństwo i odwróciła się plecami do matrony za biurkiem. Bez słowa pożegnania wyszła z budynku.


Ostatnio zmieniony przez Atariel dnia Wto Mar 03, 2009 4:43 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Wto Mar 03, 2009 4:37 pm

Bez zastrzeżeń.
Praca Atariel może stanowić wzór ;d

+ 150pd
+ 200t
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Wto Mar 03, 2009 7:33 pm

Zawędrowałam w tą okolicę właściwie z nudów, nie mając nic ciekawszego do roboty. I proszę co odkryłam. Dom Cechu Łowców. Może znajdzie się i zadanie dla mnie?
Wślizgnełam się do środka i podeszłam do biurka za którym królowała kobiecina o obfitych kształtach. No jeśli Łowca tak wygląda na starość... Powstrzymałam zrezygnowane westchnienie.
-Witaj pani. Szukam jakiegoś zajęcia. Jestem Taya, Zwiadowca.-przdstawiłam się. W zamian za to dostałam plika papierków do wypełnienia. Spędziłam cudowne pół godziny usiłując wytłumaczyć pani za kontuarem, że nie mam nazwiska, a skrzydła są prawdziwe. Gdy już doszłyśmy do porozumienia kazała mi czekać na jakiegoś Mistrza. Posłusznie zajełam miejsce w fotelu. Korzystając z okazji uciełam sobie krótką drzemkę.
-No, ładnie, ładnie.-obudzono mnie brutalnie. Wysoki, chudy i kościsty mężczyzna patrzył się na mnie nieprzyjemnie.
-Jak śmiesz tu zasypiać?
-A to niechcący, czekałam na Mistrza i postanowiłam wykorzystać dany mi czas...-poczęłam się mętnie tłumaczyć.
-Wstydź się.-i co jeszcze? Moja wina wyrażała skruchę i żal za grzechy. Tylko Anioły umieją tak patrzeć, wierzcie mi.
-A więc Ty chcesz misję. Zwiadowca, tak?
-Zgadza się, panie.-szlag. To był ten Mistrz na którego czekałam. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie ukarze mnie za chrapanie jakąś awykonalną misją.

Misja okazała się zwyczajnie trudna. Na granicy królestwa Upadłych, w grotach podobnież ukrywają się wyznawcy Balora. Mam przebadać jaskinie, nanieść to na mapę, jeśli kogoś znajdę zrelacjonować ilu tych ktosiów było i (o ile są) jak są uzbrojeni.
Wyszłam z miasta udając się drogą do państwa Aniołów. Niedługo potem znalazłam sobie podwózkę-banda poetów jechała w moją stronę. Za piękny uśmiech oraz słodki głos podwieźli mnie prawie do lasu, w którym znajdują się rzeczone groty.

Między drzewami stąpałam ostrożnie i cicho, niepewna jak daleko jest mój cel. Nocowałam na drzewie i już następnego dnia znalazłam groty. Olbrzymie. Wejść naliczyłam pięć. Zaznaczyłam je na mapie i weszłam do pierwszej z lewa. Korytarz ciągnął się i ciągnął, liczyłam jego długość za pomocą kroków. Odgałęzienia szybko się kończyły ścianami, część była zasypana, część zalana. Gdy wyszłam (środkową grotą) było już ciemno. Umościłam się na drzewie, zaznaczyłam mniej-więcej podziemną ścieżkę na mapie wraz z liczbą kroków i zapadłam w twardy sen wycieńczonego organizmu.

Obudziłam się o świcie. Niedaleko znalazłam strumyk (dobrą mapę mi dali w Cechu, dobrą... ^^ ) i obmyłam się w nim. To zostały jeszcze trzy wejścia... Postanowiłam zbadać drugie od lewa. Skończyło się po 258 krokach na dużej jaskini, zalanej wodą. Spróbowałam wody. Deszczówka... Hm, w każdym razie nie tego szukam. Zawróciłam.
Czwarta grota od lewej. Szybko ogarną mnie mrok. I to nie taki jak w poprzednich jaskiniach, w tym czaiło się coś strasznego. Mimo to dalej brnęłam naprzód, badając korytarz, licząc kroki.
Uratowały mnie skrzydła. Zwykła nieopierzona istota zabiłaby się spadając z występu skalnego po 301 kroku. Na szczęście moje ciało zareagowało odruchowo, skrzydła uniosły mnie pod sufit. Większa jaskinia. Poleciałam naprzód uważając by nie nadziać się na nic. Przed sobą trzymałam miecz, na wszelki wypadek. Może po 5 minutach dostrzegłam światło. Zniżyłam lot i ujrzałam wyraźniej... Z trudem powstrzymałam odruch wymiotny. Na ognistu smażono małego zwierzołaka, który wciąż był żywy. Widziałam jego przerażone oczy, wierzganie, bo wciąż miał nadzieję, że się uwolni. Otaczały go dziwne istoty, spowite cieniem. Było ich tuzin, może z trzy więcej. Przemieszczały się bardzo szybko. Broń nie przypominała żadnej ze znanych mi. Coś na kształt miecza, ale cieńkie, zakończone kolorowym kamykiem. Dziwactwo takie, o. Może laska maga?
Uznałam, że taki zwiad wystarczy i nie będę ryzykować swojego życia... Zawróciłam i wyleciałam z jaskini. na zewnątrz noc. Nie miałam zamiaru więcej spać w tym ohydnym miejscu. Została mi do zbadania ostatnia pieczara. Za trzema zakrętami natrafiłam na stos kości, piór, futer i mięsa. Upadłam na kolana targana mdłościami. Jak.. Jak oni mogą?! Nagle usłyszałam, a może raczej wyczułam kroki. Z najwyższym obrzydzeniem schowałam się w stercie zwłok. Zamknełam oczy błagając o zbawienie.
Przyszli oni, niosąc jakieś resztki... Albo raczej czyjeś resztki. Rzucili je na kupę, coś na mnie chlapneło. . Po chwili grota była pousta. Otworzyłam szeroko powieki. Przedemną leżała głowa zwierzołaka, którego nie tak dawno temu widziałam na ruszcie. Wrzasnełam i wypadłam z jamy jakby mnie sam Szatan gonił. Zresztą nie myliłam się tak bardzo... Jedna z tych czarnych istot goniła mnie. Leciałam ile sił w skrzydłach i umknełam. Przy następnym strumieniu siedziałam ze trzy godziny chcąc zmyć z siebie krew i brud. Oczyścić się.

Do miasta dotarłam szybko, tym razem za cenę paru opowieści i anieliskich piesni podwiozła mnie swą karocą szanowna matrona. Weszłam do Domu Cechu i w poczeklani, roztrzęsionymi rękami uzupełniłam mapę i napisałam sprawozdanie. Zgłosiłam się do recepcji. Kazano mi poczekać. Czekałam.
-I co, podobało się zadanie?
-Zadanie jak zadanie mistrzu.-schyliłam z szacunkiem głowę oddając mapę i sprawozdanie. Mężczyzna ze złośliwym uśmiechem oddalił się.

Jedno wiem na pewno... Nigdy więcej nie będę drzemać w poczekalni.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Wto Mar 03, 2009 7:55 pm

Wszystko ok. Gdybyś napisała obszerniej i opisy były dokładniejsze dostałabyś więcej. ;p

+ 100pd
+ 200t
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Wto Mar 03, 2009 8:17 pm

Nasz elf nieco znużony ciągłymi zabawami i sielanką w ostatnich dniach postanowił odwiedzić w końcu cech, bo już od kilku tygodni miał się wybrać w to miejsce, ale bez jakiś większych skutków. W drodze na miejsce zdążył zahaczyć o stragany i kupić sobie dość tanio soczysty owoc jabłoni. Zgłodniały szybko skonsumował owoc, więc nawet nie zauważył upływu czasu, który wykorzystał aby przejść z królestwa elfów do kupieckiego miasteczka. Nigdy jeszcze tutaj nie był, ale wiedział że budynek miał wyraźny znak czy coś w tym stylu. Po 15 minutach szukania w końcu odnalazł to czego tam bardzo szukał. Wkroczył do środka i zamknął za sobą drzwi, wkraczając na nową ścieżkę można rzecz.
Cichy szelest i odgłos zatrzaskiwanych drzwi zwrócił uwagę obecnych w środku osób, mistrzów jak i czeladników w stronę młodego elfa. Większość obeszła się bez komentarza, ale gdzieniegdzie mógł z rozmów wyciągnąć z rozmów słowo ‘drow’, która tak nienawidził. Nie przejmując się niczym ruszył pewnym krokiem przed siebie, mijając kilka korytarzy i szukając swojego mistrza. Nie pamiętał dokładniej, w którym to miejscu miał się wstawić, ale po drobnych poszukiwaniach udało mu się odnaleźć miejsce docelowo. Bezszelestnie otworzył drzwi i nie zamykając ich pozwolił sobie wejść. W środku nikogo nie było, gdzieniegdzie strzały, łuki czy też skóry ze zwierzyny. Uśmiechnął się niemrawo, czując zapach świeżego drewna w powietrzu i widząc, że ktoś właśnie w pobliżu wyrabia łuki. Uśmiechnął się nieco blado do młodziaka, zapewne człowieka. Ten nie zwracając uwagi na gościa dalej kontynuował pracę. Bela chcąc o coś zapytać już otworzył usta, aby coś powiedzieć, gdy poczuł na plecach ciężkie łapsko w przyjacielskim geście. Biedak aż się zgiął pod siłą tego przywitania, choć czuł się jakby mistrz chciał już przy pierwszym spotkaniu pozbyć się go z interesu.
- Witaj młody, nie owijamy w bawełnę. Dostałem od cechu propozycję i myślę, że możesz śmiało do niej przystąpić – mistrz ruszył ku kilku krzesła, przeszukując kupkę dokumentów, która były poukładane tam w nieładzie. W końcu wyciągnął jeden z nich, nieco poplamiony i ubrudzony, data była stara, a co do tego mogłoby się wydawać nieaktualna. Jednak było inaczej.
- Ten dokument jest stary – wymamrotał elf, czując się nieco oszukany. Zaś na samym papierze była zawarta treść zadania do wykonania. Było to zmniejszenie ilości wilków w okolicy oraz sprawdzenie pogłosek o nienormalnych wydarzeniach między watahami wilków, zamieszkujących pobliski las.
- Właśnie, nie stary. Wysłałem kiedyś kogoś, ale uciekł i nie wrócił. Idiota – starszy mężczyzna, nieco przy sobie różnił się od właściciela cechu. Widać, że kiedyś był odpowiednim łowcą, przynajmniej jeden plus uczęszczania do tego niezbyt ładnie pachnącego miejsca. Choć zapach drewna zaś nie był taki zły. Uśmiechnął się pogodnie, poprawiając łuk na swoich plecach i ramieniu.
- Wszystko? – młodziak spojrzał niepewnie na mężczyznę, oczekując jakiś wskazówek. Tamte jednie uśmiechnął się i poklepał go ponownie po plecach.
- Wróć cały i nie rób z siebie bohatera, tutaj nie wskrzeszamy – tym raczej go nie pocieszył. Schylił nieco głowę i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Po jakiś trzydziestu minutach był już w lesie, chciał mieć to jak najszybciej za sobą i wrócić do ciepłego mieszkania, podobnie jak i swoich zwierzątek. Las o tej porze był przyjemny i pachniało wszędzie roślinnością oraz kwiatami. W biegu do tego przyjemny wietrzyk wdzierał się we włosy nocnego elfa, wprawiając jego dusze w dobry nastrój, wręcz śpiewający. Nic dziwnego, elfy czuły się dość swobodnie na takich terenach jak lasy. Minuta za minutą coraz większy dystans pozostawał za nim, zagłębiając się w coraz dziksze zakątki puszczy. Powoli nawet robiło się nieco mroczniej, bo gęste korony drzew niepozowany nawet drobnym promienie światła przedostać się w niższe warstwy pod żadnym pozorem. Chłopak odetchnął cicho, będąc coraz bliżej miejsca gdzie wataha powinna mieć swoje legowiska. Jakiś szum speszył go i wylądował cicho na gałęzi, chowając się za pniem drzewa jednocześnie. Za krzaków wybiegła dwójkę ludzkich mężczyzn, trzymając w dłoniach łuki biegli w podobną stronę co elf, ale mniej dyskretnie. Nawet najgorszy tuman by ich usłyszał.
Bela podrapał się po karku i założył kaptur na głowę, widząc trzeciego z nadchodzących. Był nieco otyły przez co zostaw w tyle, a z tego co usłyszał byli kłusownikami. Czyżby to był powód wojny między watahami wilków. Musiał się ‘stać’ jednym z nich, żeby się tego dowiedzieć. Wychylił się za drzewa wypuszczając strzałę ze świstem. Chwila i grubasek leżał kwicząc cicho z bólu. Na jego szczęście elf nie celował w organy witalne. Uśmiechnął się i zeskoczył z drzewa, zastępując go w tym rajdzie. Reszta nie zaważyła pojawienia się nowej osoby w ich małej wyprawie, bo w końcu gdzie mogłoby im się takie coś przydarzyć w tak gęstym lesie. Przystanął razem z nimi, jeszcze nie zauważyli braku kompana, więc młodziak korzystał z tego, aby zdobyć informacje.
- Dzisiaj znów to zrobimy, wybijemy trochę zwierzyny łownej i będziemy mogli znów trochę pozbierać futer z wilków. Będą zajęte walką o jedzenia, a my do legowisk i hop. Młode szczeniaki i matki, żywe złoto – zaśmiał się jeden z nich grubym basem, ale po tym obrócili się w stronę elfa.
- Ej, gdzie Olar? Kim ty do cholery chłopcze jesteś? Grusow bierz go, nie może uciec – może wiedzieli czy też nie, ale złapać będą mieli go trudności.
- Żegnam panów – zaśmiał się nocny i po chwili już hasał między gałęziami drzewa, prowadząc ich prosto we własną śmierć. Co chwilę koło ucha przelatywała mu strzały, która jak sądził były wycelowane w niego. Był nieco zmęczony to też nie czuł się zbyt pewnie z takim ogonem. Z czasem jednak dotarli na miejsce i zatrzymał się na grubszej gałęzi, próbując uniknąć strzały, która trafiła go w ramię na wylot.
- Cholera no, a mówią że to taki prosty zawód – wyjęczał cicho i przykucnął na drzewie, złapał za wystając strzałę i złam ja, aby mu nie przeszkadzała w drodze powrotnej. Nie miał teraz nic przy sobie, aby poradzić sobie z takim zranieniem, wiec postanowił zostawić resztę strzały w ranie.
Kłusownicy zaś zaczęli się drzeć ile im pozowały na to gardła, nawet nie wiedząc jaki straszny błąd popełniają. Stali po środku legowiska wilków, pełno nor, a w krzakach już błyszczały srebrne ślepia wilków. Przycichli chwilę, gdy zorientowali się co i jak.
- Chłopcze, ratuj! Pomóż! – wykrzyczał jeden z nich, ratując się ucieczką. W tym samym momencie zerwało się za nim przynajmniej z 10 rosłych wilków. W ciemnościach pierw zniknęła sylwetka mężczyzny, a później wilków, która w dzikim pościgu i tak dotarły celu. Ten który pozostał mógł jedynie usłyszeć okropne krzyki kompana, która zostały posiłkiem. Wszystko ucichło po park sekundach. Wilki nie reagowały, bo mężczyzna która pozostał posiadał broń.
- To byłoby na tyle mój przyjacielu – elf zsunął kaptur z głowy i znów naciągnął cięciwę łuku, nakładając strzałę. Uśmiechnął się nieco, czyżby był aż taki okrutny. Wyznawał jedną prawdę, kto mieczem wojuje od miecza ginie.
- Żegnam – puścił cięciwę, a strzała tym razem trafiła w nogawkę spodni faceta. Próbował wyrwać, ale nie pomogło. Elf się oddalił, nie chcą patrzeć na scenkę wyrwanej z niezbyt miłym przesłaniem. Nie oddalał się zbyt szybko, ale długo na efekt czekać nie musiał. Głuch krzyk rozrywanego człowieka znów poniósł się po lesie, aż niektóre nocne zwierzęta poobracały łby w tamtą stronę. Wszystko mogłoby się wydawać wyjaśnione, ale Bela wrócił jeszcze do uwiezionego mężczyzny, ale wiele tam nie zastał. Rozerwane na pół ciało, jeszcze ciepłe co mogłoby znaczyć, że drapieżca jest blisko. Wyciągnął z jego spodni plan rozmieszczenia pułapek i ruszył w następny misję, a raczej swoją własną. Całą noc spędził na wędrówce po puszczy, likwidując pułapki i tym podobne rzeczy, zastawione przez debilnych ludzi. Po ciężkiej nocy, obładowany takim ciężarem ruszył w drogę powrotną do cechu, wyjaśniając problem dotyczący watah, a wręcz go likwidując.

Drugi dzień, słońce wzniosło się wysoko ponad ziemię, ogrzewając zmęczone powieki elfa swoim życiodajnym światłem. Elf miał zerowy humor, całą noc taszczyć po ziemi tyle kilogramów żelastwa było wysiłkiem dość męczący. Wszedł do cechu, otwierając sobie drzwi z buta. Reakcje podobna jak za pierwszym razem, tylko że teraz wyglądał jakby całą noc paplał się w błocie. Cała brązowa twarz od błota, ubranie też niezdatne już do użytku. Potargane i postrzępione, ale kaptura dumnie zakrywał jego biedną twarz. Potaszczył jeszcze to wszystko kilkanaście metrów i wszedł do pomieszczenia, gdzie rezydował jego mistrz. Wtaszczył za sobą dość dużą siatkę, pełną żelastwa nastawianego przez kłusowników w lesie. Po czym jeszcze rzucił zakrwawiony worek. Mężczyzna powstał znad biurka i podszedł, sprawdzając co też młodziak mu przyniósł. Otworzył jako drugą zakrwawioną przesyłkę, tak samo szybko przykrywając i rzucając w kąt.
- Co to za trójka? – popatrzył pytająco na elfa
- Kłusownicy, wybijali zwierzynę, aby doprowadzić watahy do walki o zwierzynę łowną, a wtedy oni bezkarnie wybijali ich legowiska. Zaś to są ich głowy, więcej po nich nie zostało – powiedział nieco cicho, czując się przez to winny. Jednak nie dawali mu wyboru. Mężczyzna zrobił porządek w pomieszczeniu i przykucnął przy elfie.
- Dziękuje, a teraz idź i odpocznij. Za tydzień pojaw się znowu – wstał i zniknął za drzwiami, chcąc złożyć sprawozdanie właścicielowi. Zaś sam elf uśmiechnął się niemrawo i zniknął w ten sposób co mistrz. Wyszedł nie zwracając na nikogo uwagi, kierując się gdziekolwiek, ale jak najdalej od tego miejsca. Odpoczynek był teraz wymagany.

Troszkę błędów może być jak zawsze w moich wypocinach, przepraszać z góry oceniającego ;d
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Wto Mar 03, 2009 8:43 pm

Komentarz zbędny ;d

+ 130pd
+ 150t
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Sro Mar 04, 2009 4:26 pm

[Ach, choroba i siedzenie w domu to cholernie nudna sprawa ;<]

Ponownie zawitała w progi Cechu Łowców. No cóż, jakoś na chleb trzeba zarabiać, a ludzie ostatnio nie mają żadnych spraw, więc trzeba się zadowolić marnymi robótkami z Cechu. A lepsze takie, niż żadne. No i zawsze to jakiś sposób na nudę, która ostatnimi czasy znacznie doskwierała wampirzycy, która stanęła teraz przed wejściem do budynku. Spojrzała na szyld nad drzwiami i z ciężkim westchnieniem przekroczyła próg. Matrona siedząca za biurkiem zmierzyła przybyłą przeciągłym spojrzeniem i zapytała z wielką łaską "w czym może pomóc".
- Ja do Mistrza - wampirzyca oparła się rękami o blat mebla.
- Którego?
- Obojętne.
- Mistrz Keran jest wolny, pierwsze drzwi na lewo.
Atariel odepchnęła się lekko i skierowała ku wyżej wymienionym drzwiom. Zapukała i po cichym "proszę" weszła do środka. Jej oczom ukazał się wysoki i nieźle zbudowany mężczyzna, o dość interesującej twarzy. Cały jakiś taki pociągający był. Wampirzyca zmierzyła go spojrzeniem i uniosła lekko brew, uśmiechając się nieznacznie. No, no, w końcu ktoś wyglądający, pomyślała i usiadła naprzeciw mężczyzny. Ten oparł łokcie na biurku i splótł palce, patrząc uważnie na dziewczynę.
- A więc co cię sprowadza? - zapytał po chwili.
- Jakiejś roboty szukam - odparła, wzruszając ramionami.
- Hm... - mruknął, przeszukując papiery leżące obok niego. - Mam coś. Nie jest to może nic specjalnego, ale jak sama widzisz, marnie ostatnio z jakimikolwiek zadaniami - uśmiechnął się z zakłopotaniem i podsunął kilka kartek dziewczynie. Jaki słodki, pomyślała i uśmiechnęła się wdzięcznie. Omiotła wzrokiem treść i dołączone materiały. Ogólnie zlecenie traktowało o odnalezieniu psa pewnego możnego jegomościa. Zwierzak zniknął kilka dni temu, a do zlecenia dodano szkic odcisku jego łapy, dość dziwnej i wielkiej jak na psa, ale mniejsza. Faktycznie, musiało być krucho z robotą, skoro zaczynają zgłaszać się do Łowców właściciele zaginionych piesków z prośbą o ich odszukanie.
Odsunęła od siebie kartki i spojrzała chłodno na Kerana.
- I jak? - zapytał Mistrz, wciąż spoglądając z uwagą na wampirzycę.
- Fascynujące - odparła, przeciągając sylaby. - To teraz szukamy zaginionych piesków, tak? - dodała z przekąsem, na co mężczyzna uśmiechnął się kątem ust.
- To nie taki zwykły piesek - odpowiedział tajemniczo i pochylił się, szukając czegoś w szufladzie. Po chwili podał jej kolejną kartkę. - Mniej więcej tak wygląda - uśmiechnął się szeroko.
Atariel spojrzała na kartkę i otworzyła szeroko oczy.
- To ma być pies? TO? - pomachała kartką, na której widniał szkic "pieska". Straszny stwór, wyglądający jak stworzony przez nekromantę. O chorej wyobraźni, choć w sumie nekromanci nigdy normalni nie byli.
- Taaak. Cóż, hrabia dba o prywatność i bezpieczeństwo na swoim zamku - wzruszył ramionami wciąż z szerokim uśmiechem. Widocznie rozbawiła go reakcja wampirzycy. - Bierzesz tę robotę? Pamiętaj, że bestyjce nie może się nic stać.
- Biorę - odparła po chwili wahania. - Ale... To mnie nie zeżre?
- Gdyby to nie było niebezpieczne, to pierwszy lepszy hycel by dostał te zadanie, a nie my. Ale jeśli lubisz i znasz się jako tako na zwierzętach, to powinnaś dać sobie radę. Bądź co bądź, bestyjka ma mentalność psa. Powodzenia - uśmiechnął się wesoło, dając do zrozumienia, że to koniec rozmowy.
- Dzięki - odparła ponuro i wpakowała szkice do sakwy przy pasie. Wyszła z pokoju, głowiąc się nad zleceniem. Cholera, przecież to coś nie miałoby żadnego problemu, by przegryźć mnie na pół w ułamku sekundy, pomyślała smętnie, wychodząc z budynku Cechu. Głowiąc się nad planem działania, skierowała się do rzeźni - w końcu jakoś zwabić te monstrum musiała. Po drodze wynajęła konie - wierzchowca i jucznego. W rzeźni nabyła spory udziec barani, który wpakowała na juczną kobyłę.
W papierach było wspomniane, gdzie ostatnio widziano potwora, więc Atariel skierowała się w tamte strony, czyli moczary położone przy lesie. Na szczęście nie było to jakieś straszne bagnisko, podczas suszy można było spokojnie przez nie jechać konno, niebezpieczne robiły się dopiero, gdy padało kilka dni z rzędu. Teraz pogoda była w porządku - dosyć ciepło, wyczuwało się wiosnę, ale topniejący śnieg nawadniał skutecznie ziemię. Bagnisko mogło miejscami nie być wcale takie bezpieczne. Wampirzyca westchnęła, rozmyślając o tym wszystkim. Wciąż nie miała pomysłu na złapanie potwora. Bo co z tego, jeśli go zwabi mięsiwem, skoro on się nażre i ucieknie, bo ona nie wiedziała, jak go złapać. W dodatku dochodzi problem, jak "pieska" przetransportować do zamku hrabiego. Dziewczynę aż rozbolała głowa od tych kłopotów i uznała, że chyba nuda była lepsza. Westchnęła ponownie i rozejrzała się wokół siebie - zbliżała się w końcu do moczarów. Niedługo będzie musiała zostawić konie i dalej iść sama. Patrzyła teraz na ziemię, wypatrując śladów łap.

Dotarła w końcu na miejsce, zsiadła więc z konia i przeciągnęła się. Wieczór już nadchodził, więc postanowiła tutaj zanocować i jutro zająć się polowaniem. Rozsiodłała konie i uwiązała je do drzewa - na tyle mocno, by nie zwiały w nocy, ale dość lekko, aby silnym szarpnięciem mogły się uwolnić, gdyby napadł je drapieżnik. Atariel rozpaliła ognisko i rzuciła obok niego kilka kocy dla siebie. Na razie przycupnęła obok ognia, wyciągając do niego ręce. Zatopiona w rozmyślaniach o sposobie złapania zwierzaka, nie dosłyszała cichego szelestu dobiegającego zza drzew i kilku krzaków. Dopiero trzask łamanej gałązki przywrócił ją do rzeczywistości. Poderwała się i wyszarpnęła miecz, stając w pozycji gotowej do ataku i czekając na pojawienie się napastnika. Z lasu po chwili wyszedł jakiś siwy i obdarty dziad, jednak z dobrotliwym uśmiechem na ustach. Co wcale nie musiało wróżyć niczego dobrego. Dziewczyna spojrzała pytająco na przybysza, który uniósł ręce w geście poddania.
- Nie bójcie się panienko, nie jestem żadnym rozbójnikiem czyhającym na pani cnotę lub dobytek - powiedział przyjaźnie, siadając pewnie przy ognisku.
- No to kim jesteś? I czego chcesz? - At nie zmieniała pozycji, wciąż nieufnie patrząc na staruszka.
- Pustelnikiem, mieszkam w pobliżu. Zobaczyłem ogień i chciałem zobaczyć kto to, ale lata nie te, nie umiem już skradać się niesłyszalnie - rozłożył bezradnie ręce.
Staruch wydawał się być mile nastawiony, więc wampirzyca ostrożnie schowała broń i usiadła na swoim miejscu. Nadal jednak nie była przekonana, co mężczyzna zauważył i uśmiechnął się uspokajająco.
- Nie patrzcie tak wilkiem na mnie, po prostu brakuje mi towarzystwa, a nieczęsto ktoś zjawia się w tych okolicach. Pomyślałem, że popatrzę chociaż na drugiego człowieka.
- I napatrzyliście się? - zapytała burkliwie.
- Panienka taka ładna - odparł z uśmiechem. - Że chyba nikt by dość nie miał.
At parsknęła ironicznie, jednak mile połechtana spojrzała już nieco przychylniej na przybysza.
- A więc co panienkę tu sprowadza, jeśli można?
- Potwora łapię - odpowiedziała bezceremonialnie. Ledwie widoczny cień przebiegł przez twarz pustelnika, skutecznie ścierając uśmiech z jego twarzy. Dziewczyna uniosła brwi, widząc zmianę. - Co, widzieliście go? To by mi pomogło - dodała mrukliwie do siebie.
- A widziałem, panienko. On tutaj zamieszkał, bo często go widuję. Straszny jest - staruszek jakby skulił się w sobie. At wyciągnęła szkice z sakiewki i pokazała podobiznę bestii pustelnikowi. Ten skinął potakująco głową.
Siedzieli w milczeniu jakiś czas, gdy nagle staruszek odezwał się w zamyśleniu:
- Ale to dziwne. Nigdy mnie nie zaatakował, choć miał okazję. Zawsze tylko patrzył, nawet nie gonił, gdy uciekałem.
At podniosła na niego wzrok, notując w pamięci tę cenną uwagę.
- A kiedy go ostatnio widzieliście? I gdzie?
- A o, tutaj, w tym właśnie miejscu. Wczoraj wieczorem. Głównie wieczorami go widuję.
- O - mruknęła, podnosząc się z ziemi. - No to polowanie czas zacząć - dodała półgłosem, odpakowując mięso. Przeciągnęła je od skraju lasu na polanę, na której obozowała, jednak kawałek dalej od ogniska, tam, gdzie był cień. Ujęła się pod boki, oglądając poznaczoną krwią ścieżkę.
- No, to go przyciągnie chyba - powiedziała i wróciła na swoje miejsce przy ognisku, patrząc z lekkim uśmiechem na dziadka, który wybałuszył oczy, jednak nic nie mówił. Chyba wiedział, co chce zrobić Atariel. Ta wyciągnęła z juków butelkę z alkoholem i nalała trochę do kubka, który podała pustelnikowi. Sama uniosła dłoń z butelką.
- Za udane łowy! - rzekła uroczyście, stukając się z pustelnikiem. Teraz musieli czekać. Oni, bo staruszek nie chciał nigdzie iść.

W sumie, długo to to nie trwało, czekali może 2-3 godziny. Usłyszeli cichy szelest, a po chwili zobaczyli dwa jarzące się między drzewami ślepia. Zwierz wydał dziwny odgłos, coś jakby warknięcie pomieszane z dyszeniem, i zbliżył się do krwi pozostawionej po udźcu. Węszył chwilę, nie przejmując się ludźmi. Ruszył w końcu powoli po ścieżce, zlizując krew z trawy. Atariel wstała ostrożnie i podeszła do mięsa, biorąc po drodze linę. Kucnęła przy przynęcie i zaczęła nawoływać bestię, która teraz stanęła i wpatrywała się w wampirzycę. Jego puste spojrzenie nie wyrażało żadnych emocji, więc At nie wiedziała czego się spodziewać. Ale z braku innych pomysłów, musiała postawić wszystko na ten najdurniejszy. Nawoływała dalej pzyjaznym głosem, wyciągając w stronę drapieżnika rękę z mięsem. W końcu potwór miał mieć psi rozum, więc taka sztuczka mogła się udać. Pustelnik siedział jak trusia, bojąc się poruszyć. Zwierzak natomiast pochylił łeb i powoli zaczął iść w stronę dziewczyny, nie spuszczając z niej oczu i nadal zlizując krew. Na kilka kroków przed przynętą stanął ponownie i wciągnął głęboko powietrze. At ciągle przemawiała łagodnym głosem, zachęcając "pieska" do podejścia i myśląc jednocześnie z uporem, aby jej nie zeżarł. Ten zrobił ostrożny krok, a wampirzyca pociągnęła lekko mięso w swoją stronę. Potwór warknął i zrobił kolejny krok, z tym samym skutkiem. Gdy w końcu jego pysk był na wyciągnięcie ręki, At ostrożnie ową rękę wyciągnęła w stronę bestii. Ta stała bez ruchu, chłonąc wampirzy zapach. Dziewczyna dotknęła w końcu twardego pyska, a widząc, że drapieżnik nie uczynił żadnego ruchu, pogładziła go lekko po nosie. Dalej nic. Wstała więc powoli, gładząc go po szyi. Uniosła brwi, widząc zero reakcji. Przecież to ją miało pożreć? To znaczy, nie, nie miało, ale ten potwór miał być... No, straszny. A on tylko przeraża wyglądem. Podsunęła mu mięso pod nos, zachęcając do zjedzenia. Potwór kłapnął w końcu szczękami, pochłaniając udziec na kilka kęsów. Stał teraz i patrzył dalej bez wyrazu na wampirzycę. Ta podrapała się po głowie.
- Chcesz do pana? - zapytała bez sensu, przecież to coś jej nie odpowie. Jednak ku jej zdziwieniu, zwierz machnął krótko ogonem. Uniosła brwi i spojrzała niepewnie na pustelnika, ten jednak siedział jak słup soli.
- No dobra... - mruknęła i zawiązała na szyi potwora linę, tworząc pętlę. Odwróciła się i ruszyła ku koniom, które parskały i tupały niechętnie, widząc, co ona do nich prowadzi. Zwierz posłusznie człapał za nią. Puściła linę, chcąc zobaczyć, czy on ucieknie, ale nie - stał dalej w bezruchu. Wampirzyca westchnęła ciężko i osiodłała konie. Zebrała obozowisko, nie patrząc nawet na bestię, która miała milion możliwości ucieczki, ale stała nadal. At spojrzała na nią, myśląc, że będzie ciekawie wyglądać, prowadząc ze sobą na sznurku coś takiego. Uśmiechnęła się cierpko, pożegnała z pustelnikiem, który chyba umarł, taki zszokowany siedział, i wskoczyła na konia, biorąc uprzednio sznur do ręki. Ponagliła konia, a zwierz szedł bezszelestnie obok niej.
Była już w połowie drogi, gdy nagle roześmiała się. Chyba już wiedziała, czemu bestyjka jest taka posłuszna - możliwe, że z tego strachu przed pożarciem, mimowolnie ogłupiła ją trochę, co w połączeniu z mało drapieżnym charakterem potwora dało taki, a nie inny rezultat. W lepszym już humorze, jechała dziarsko ku posiadłości hrabiego.

- Dzięki stokrotne za przyprowadzenie Pusia, po nagrodę zgłosisz się do waszego Mistrza - rzekł krótko hrabia i odprawił Atariel, która na gwałtowny wybuch śmiechu pozwoliła sobie dopiero za bramą.
- Pusia? A niech mnie diabli, ale imię - parsknęła, wsiadając na konia. Ruszyła w dół, ku miastu.

- No i jak? - zapytał Keran, gdy dziewczyna przekroczyła próg jego gabinetu.
- W porządku - wzruszyła ramionami i usiadła naprzeciw. Wyłuskała z sakiewki wcześniej wzięte papiery i wyprostowała je jako tako. - Oddaję.
- Dobrze, idź po nagrodę do pani Bomboli - machnął ręką, zagłębiając się w leżące przed jego oczami raporty. At wstała i skłoniła się lekko, po czym wyszła. Bombola, pomyślała z rozbawieniem, idąc do recepcji. Nic dziwnego, że taka obrażona chodzi.
Odebrała w końcu to, co miała odebrać i postanowiła uprzyjemnić sobie resztę dnia.
- Do widzenia, pani Bombolo - pożegnała się z drwiną i wyszła, mając przed oczami minę recepcjonistki.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Czw Mar 05, 2009 2:11 am

Wracaj do zdrowia, oczy mnie bolą od tego czytania ;d a jak ja tego nie ocenie, to chyba nikt inny się nie pofatyguje.

+ 150pd
+ 200t

Prace można chyba raz na tydzień dawać.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Pią Mar 06, 2009 9:42 pm

Postanowił, że zrobi w końcu coś ambitniejszego niż przesiadywanie w barze i okolicach, przekroczył więc próg Cechu z twardą decyzją, że przyjmie każde zlecenie. Oczywiście, aby było rozsądne. Uśmiechnął się uroczo do recepcjonistki, która spłoniła się lekkim rumieńcem. Ach, ten demoni urok. Podszedł bliżej i oparł ręce o blat biurka.
- Do kogo mam się zgłosić po jakieś zlecenie? - w końcu pierwszy raz tu był i nie bardzo się orientował co i jak. Najłatwiej więc zapytać.
- Korytarz po prawej, drugie drzwi. Mistrz Arte jest wolny - zagruchała kobieta, wskazując pulchnym palcem kierunek. Demon podziękował grzecznie i ruszył w wyżej wymienioną stronę. Stanął przed drzwiami i zapukał, a gdy został poproszony o wejście do środka, to też uczynił. Zamykając za sobą drzwi, rozejrzał się po skromnym biurze Mistrza. Ten zaś siedział przy biurku, grzebiąc w szufladach, skąd dobiegał szelest papieru. Kjell podszedł do biurka i usiadł na krześle naprzeciw mężczyzny.
- Czego chcesz? - burknął Mistrz, zaszczycając demona spojrzeniem przez ułamek sekundy.
- Zadania - odparł krótko.
- Tak myślałem - mruknął pod nosem. - Jak się zwiesz?
- Kjell.
Mężczyzna odwrócił się i pogrzebał chwilę w innych papierach. Wyciągnął w końcu jakiś i przejrzał go pobieżnie, po czym wrzucił z powrotem do sterty. Z wcześniej wymienionej szuflady wyciągnął jakiś zmięty kawałek czegoś, co od biedy można nazwać papierem. Wygładził go byle jak i podsunął pod nos demonowi, który pochylił się lekko i zaczął czytać.
- Słabeuszem nie jesteś, a nikt do tej pory nie chciał tego zadania, wiec możesz je mieć - mruknął od niechcenia Mistrz, wsadzając sobie między zęby wykałaczkę i odchylając się na krześle w tył. Zachowywał się jak arogancki młodzik, choć swoje lata już miał - wyglądał na jakieś 40-50, lecz pod koszulą nadal rysowały się mocne mięśnie. Facet pewnie był jeszcze w stanie pokonać kilku młodszych od siebie.
Gdy Kjell skończył, wzruszył ramionami. Zlecenie nie było takie stare jak się spodziewał, liczyło sobie kilkanaście dni. Zadaniem było pojmać trolla górskiego, który był potrzebny jakiemuś tam zbzikowanemu czarodziejowi, do eksperymentów pewnie. Czyli nic specjalnie trudnego, zwłaszcza, że zwierz wcale żywy być nie musiał, aby świeży.
- Biorę - oznajmił zwierzchnikowi, na co ten skinął głową i zabrał się za czytanie jakichś dokumentów. Koniec rozmowy. Demon ukłonił się nieznacznie i wyszedł z pokoju. Przemierzając korytarz, rzucił kolejny miły uśmiech do kobiety siedzącej za biurkiem i wyszedł z Cechu prosto na brudną ulicę. Spojrzał w niebo, które było szare od rana, jednak nie zapowiadało się na żadne opady śniegu, deszczu, żab czy czegokolwiek.
Wcisnął ręce w kieszenie kurtki i skierował się ku znajomej stajni, gdzie całkiem tanio wypożyczali dobre konie. Wykupił pewnego karosza, już sobie znanego, bo nie raz zdarzało im się razem wyruszać w teren. Zastanawiał się nawet nad kupnem konika, ale stwierdził, że nie miałby czasu na zajmowanie się nim. Poza tym koń nie jest mu niezbędny, prowadzi zbyt leniwe życie. Wypożyczenie go raz na jakiś czas całkowicie wystarczało. Tak sobie rozmyślając dotarł do swojego domu. Zsiadł z konia i pozwolił mu się paść na skrawku trawy, sam tymczasem wszedł do budynku i zaopatrzył się w to, co uznał za niezbędne - swój miecz, kilka lin i mocna sieć. Wyszedł z domu, zamykając go dokładnie, w końcu złodzieje czają się na każdym kroku. Przyczepił miecz do pasa, a resztę ekwipunku wsadził do juków przy siodle. Wskoczył nań i ruszył w stronę gór. Był tam raz, więc z drogą problemu nie będzie.

Dotarł w końcu, zmarznięty lekko, bo wiatr tutaj nieźle smagał. Zostawił konia w dolince, gdzie w niektórych miejscach były jakieś resztki trawy. Wziął swoje rzeczy i ruszył wyżej w górę, na poszukiwanie trolla.
Gdy doszedł do miejsca, gdzie śneig leżał grubą warstwą, zaczął rozglądać się za śladami zwierza. Szczęście, że śnieg nie padał i ślady były widoczne. Co prawda nie te, które chciał, jednak to dobrze rokowało na przyszłość.
Kręcił się i kręcił, zaglądając we wszelakie groty i inne jaskinie, jednak ani śladu potwora. Zaczynał się powoli irytować, bo stracił dobre kilka godzin na nic. Już miał odejść, zrezygnowany, gdy do jego uszu dobiegł ryk pochodzący gdzieś z dołu. W pierwszej chwili poczuł radość, no bo to pewnie troll, jednak dotarło do niego, że na dole został koń, a te potwory mięso żrą. Zleciał na dół jak na skrzydłach. Wbiegł do dolinki i ujrzał to, czego szukał - prawie dwa razy wyższy od demona troll ryczał jak ranny wół, usiłując nieporadine pochwycić konia, który zapędzony w róg stawiał zaciekły opór. Kjell, korzystając z tego, że potwór zajęty jest wierzchowcem, dobiegł do niego i rzucił nań sieć, po czym doskoczył do trolla i rąbnął go mieczem w tył głowy. Olbrzym odwrócił się powoli, mrugając głupkowato oczyma i zapatrzył się na to coś, co go walnęło. Nic sobie z sieci nie robił, wyciągnął łapy, rozrywając ją, i próbując pochwycić demona, który uskoczył łatwo, bo troll był wolny i niezgrabny. Koń tymczasem zwiał bokiem i stanął w drugim końcu doliny, czując jakieś przywiązanie do obecnego pana i nie chcąc go zostawiać. Kjell tymczasem rąbnął po raz drugi, tym razem ostrzem miecza celując w udo potwora. Fakt, trafił, jednak poza małym rozcięciem nic poważniejszego nie zrobił. Troll nawet nie poczuł, ściągał z siebie powoli sieć, bo napiął ją zbyt mocno i zaczęła mu się w oczy wpijać. Demon, czując narastający gniew, że potwór jest tak niebotycznie głupi, zaczął siec go w udo. Ten ryknął po chwili, w końcu poczuwszy ból, płynący z mocno poszarpanej rany na nodze, bowiem Kjell nie starał się nawet trafiać w to samo miejsce. Olbrzym zamachnął się, tym razem całkiem żwawo, co zaskoczyło łowcę, bo trochę się zasapał przy tym wyładowywaniu gniewu. Odleciał na kilka metrów, lądując w śnieżnej zaspie. Prychając i parskając, wylazł po chwili, trzepiąc głową i strząsając z siebie śnieg. Wyciągnął z kieszeni kilka wykałaczek, które nosił w razie potrzeby. Nakazał im wbić się w oczy trolla. Ten próbował je odtrącić, gdy leciały ku niemu, jednak znowu był nieporadny - widocznie adrenaliny dodawał mu ból. Ryknął w końcu, miotając się z przebitymi oczyma. Kjell zbliżył się do olbrzyma, uważając, by nie dostać którąś bezwładną kończyną i tnąc go co jakiś czas w klatkę piersiową. Gdy uznał, że nacięcie jest wystarczające, odsunął się na bezpieczną odległość i podrzucił resztę wykałaczek. Było ich, co prawda, tylko kilka, jednak powinny wystarczyć. Nakazał im wbicie się w ranę na piersi i przebicie serca potwora. Koncentrując się na tym rozkazie, jednocześnie złapał trolla na lasso, aby ten nie zwiał. Ciężko mu było teraz się skupić, gdy próbował zatrzymać zdobycz, jednak czuł, że z każdą chwilą ona słabnie, a z rany wycieka coraz więcej krwi. Ofiara padła w końcu pyskiem w śnieg, dysząc ciężko. Demon też z trudnością łapał powietrze, postanowił więc dokończyć dzieła własnoręcznie. Podszedł do olbrzyma i wbił mu miecz w serce, napierając całym ciałem na rękojeść, aby ostrze przeszło na wylot. Po kilku chwilach udało mu się, wiercąc się i kręcąc bronią zdołał wbić ją na tyle głęboko, by dosięgła serca. Po wszystkim padł tyłkiem w śnieg, biorąc łapczywe oddechy.
Wstał, gdy koń, wyczuwszy, że już po niebezpieczeństwie, podszedł do niego i szturchał go nosem. Kjell wstał i otrzepał się. Już mógł przynajmniej normalnie oddychać. Dotarło też teraz do niego, że nie ma jak przetransportować trolla. Westchnął cicho, wsiadając na konia. Potworowi nic się nie stanie, a on w dole mijał wioskę, może uda mu się odkupić jakiś wóz.

Droga minęła mu bez problemu, pewnie dlatego, że jechał nocą i nikt nie widział trolla leżącego na wozie. Zatrzymał się pod wieżą czarodzieja, który wylewnie mu podziękował za zwłoki i odesłał do Cechu po nagrodę.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Pią Mar 06, 2009 9:59 pm

No w końcu amulet się na coś przydał! %
Nie mam się czego przyczepić, a że mam ochotę... Cyfry pisze się słownie z wyjątkiem adresów, a i mogłeś te 'wylewne' podziękowania czarodzieja bardziej opisać ;<

+ 130pd
+ 250t

Rose tęskni xd
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Sro Mar 18, 2009 1:10 am

Nuda-rzecz straszna. Popycha anioła/ człowieka/ demona/ wampira/ pluszaka/ elfa/ tuwstawcocisiępodoba do robienia rzeczy głupich i brawurowych. Tylko tak można tłumaczyć moje ponowne odwiedziny w Domu Cechu, zwłaszcza po ostatnim wypadzie. Ale jednak...
Dla odmiany za kantorkiem siedział młody mężczyzna.
-A pani do kogo, co?-jak się okazało niestety gburowaty jegomość. W dodatku odporny na kobiece (albo po prostu moje) wdzięki i nawet uroczy uśmiech nie pomógł w przyspieszeniu sprawy. Czekałam na wiadomość do którego mistrza mogę zawitać i pomna wcześniejszych doświadczeń pilnowałam się, coby nie zasnąć. Aż wreszcie, alleluja!
-Mistrz Nidor jest wolny. Trzecie drzwi na lewo.-poinformował mnie lodowatym tonem. Też mi, łaskawca.
-Dziękuję.-odwzajemniłam się morderczym spojrzeniem i powędrowałam zgodnie ze wskazówkami. Drzwi były uchylone, wręcz zapraszały do środka, lecz zapukałam.
-WEJŚĆ!-wrzask, który dosłyszałby i głuchy. Czemu to zawsze mnie spotyka, ech... Posłusznie weszłam.
-Witaj Mistrzu.-zajełam miejsce na wskazanym krześle. Nidor był wysokim, starszym mężczyzną. Lata zostawiły na jego twarzy ślady w postaci zmarszczek i szkaradnej blizny, ale zielone oczy wciąż błyszczały żywo. Ubrany w ciemne szaty, jestem pewna, że w cieniu byłby niewidoczny. Nosił przy boku miecz i sztylet.
-Zadania szukasz, co? Upierzona. Niewiasta. I łowcą chce zostać, niebywałe.-no tak... Klasyczny przykład tradycjonalnego szowinisty. Nie zareagowałam na zaczepkę, po prostu skinełam głową.
-No dobrze, skarbie. Twoja misja polega na zwiadzie. Masz karawanę i masz przed nią lecieć i ostrzegać o niebezpieczeństwie. Rozumiesz?-zacisnełam zęby słysząc ten protekcjonalny ton.
-Tak, rozumiem.-wydukałam grzecznie, siląc się na obojętność.
-Odejść.-z ochotą wykonałam rozkaz.

Karawanę znalazłam tuż przy bramie miasta. Pięć wozów, do których zaprzęgli woły. Konna obstawa składająca się z piętnastu osobników: wypatrzyłam paru elfów z łukami, demony i chyba wampira. Nikogo z mojego królestwa. Za to kupiec, dowódzca całej wyprawy z całą pewnością był Upadły. Świdczyły o tym jego duże skrzydła, śnieżnobiałe. Moje wyglądały przy nich jak przebranie na bal karnawałowy. Zresztą cała ja nikłam przy jego masywnej posturze. Wyglądał... Hm. Jakby to ująć? Jak starszy brat. Dobry uśmiech, łagodne spojrzenie. Z całą pewnością była to maska, znany był z twardej ręki i talentu do interesów, ale jaka zmyślna maska.
Ruszyliśmy o świcie. Leciałam na przedzie, patrolując drogę. Łatwe zadanie, same pola do około, nawet dobrego miejsca na zasadzkę nie było, ot równina jak równina. Gdy zaczeły mnie boleć skrzydła dostałam konia (chociaż może to za dużo powiedziane... Jednemu z obstawy kazali jechać na pierwszym wozie, więc był luzak, no to go zajęłam) i patrolowałam konno. Owszem, ma to mniejszą skuteczność, ale przy tutejszym terenie patrolu mogło nie być. Rozważałam więc po wynajeli zwiadowcę?
Ha, wieczorem moje rozważania znalazły odpowiedź. Choć właściwie dostarczyła mi jej mapa. Trasa konwoju wiodła do stolicy Upadłych, przez pare dolinek i wąwozów. Wszystko fajnie, pięknie, miód i orzeszki, tylko, że to właśnie w tych rejonach ostatnio zaczeły ginąć karawany. No i zaświtało mi czemu potrzebują zwiadowcy. Latającego na dodatek.

Dopiero trzy dni później opuściliśmy rejon nizin. No i się zaczeło. Jazda konna stała się miłym wspomieniem, na skrzydłach byłam od świtu do zmierzchu z drobnymi przerwami na posiłek i jakieś racje dodające energii. Musiałam sprawdzić każdy załomek skalny, wgłębienie, zakręt, ścieżkę boczną, prosto... I to w tępie, coby karawana nie musiała się zatrzymywać. Dawało to efekt potwornego zmęczenia. Gdy tylko wieczorami rozkładali obóz usypiałam jako pierwsz, zaraz po kolacji, kamiennym snem zmęczonego człeka. Na szczęście w nocy karawany pilnowali najemnicy. Tak toczyły się dni. Napiecie w obozie narastało, każdy oczekiwał ataku w każdej chwili.
Aż stało się to, czego wszystcy się spodziewali. Grupa oprychów ukryta była za skalnym załomem. Dwadzieścia cztery osoby, krótka broń i, jak się przekonałam na własnej skórze, całkiem niezły mag. Uziemił mnie, nawet nie wiem kiedy. Skubaniec, musiał się wyżej schować, nie zauważyłam go. A może ukrył się za iluzją? Jeden z bandytów korzystając z okazji dopadł mnie i zaciągnął do reszty grupy. Szybko mnie obszukano, zabierając co cenniejsze rzeczy i wyrywając pare piór. Na ustach miałam rękę porywacza. W pewnym momencie kolega go zagadał, co wykorzystałam wbijając mu zęby w dłoń.
-Ał, oż co za ku.wa!-wrzasnął na całą kotlinkę. I o to mi chodziło. Kupiec z pewnością zorientował się, że coś jest nie tak. Pytanie tylko czy objedzie to miejsce, czy też rzuci mi się na ratunek? Jeśli jest tak dobry jak sądze to objedzie.
Za ugryzienie tego oprycha dostałam parę kopów oraz ładną bliznę na policzku. I dobrze, CV będę mieć ciekawsze. Kompania bandziorów nadal czaiła się za występem czekając na karawanę, która nie nadjeżdzała. Zaczynało zmierzchać. I nagle z tyłu, zza naszych pleców rozgległo się spokojne i ciche, ale usłyszane przez wszytkich pytanie:
-Po dobroci panowie, czy nie? Nam to obojętne, szef kazał tylko pierzastą odzyskać.-jednak nie jest tak dobry. Westchnełam w myślach.
-A ile płaci?
-Stawką jest życie. Wasze, panowie.-uprzejmy głos nadal deliberował. Oświeciło mnie. Chcą ich zajść, jak w podstawówce dla obstawy: zagadaj przeciwnika, a w tym czasie przyjaciele ustawią się na dobrych miejscach.
-I co nam niby zrobisz?
-To.-świst strzał. Krew na policzku. Nie, nie moja. Tego co trzymał. No tak, mieli elfy, wyoborowi strzelcy. Momentalnie przywarłam do skały plecami, chcąc wyjąć miecz... Który mi zabrano. Przeklełam cicho. Ale już, po wszystkim. Połączenie elfich strzał, wampirzej hipnozy i demonicznej potęgi załatwiło sprawę. Opadłam na kolana. Któryś z nich podszedł do mnie i po prostu przerzucił mnie sobie przez ramie.
-Moje rzeczy...-nieśmiało zaznaczyłam. Kiwnął głową. A potem opadła na mnie ciemność.

Ocknełam się o świcie. Koło mnie leżały moje rzeczy i czyste ubranie. Szybko, korzystając z chwili samotności przebrałam się. Następnie posłano mnie na rozmowę z kupcem.
-Dziękujemy za zwiad.-tymi słowy rozpoczął rozmowę.
-Zwalniacie mnie?-no dobra, zrobiłam błąd, ale czemu... Ugh.
-Umowa obowiązywała do granicy królestwa, która jest pół mili stąd. A bandyci wybici. Możesz odejść.-skinełam głową i odmeldowałam się. Parę dni później dotarłam do Cechu. Po kolejne "ciepłej" i "miłej" pogawędce z recepcjonistą i zaledwie dwóch godzinach czekania dostałam się do mistrza Nidor'a. Ten wysłuchał mnie, pogratulował piórkowej panience i odprawił. Zirytowana opuściłam Dom.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Sro Mar 18, 2009 6:52 pm

Yh, okz. Było trochę błędów i niezrozumiałych akcji, ale spoko ;d

+ 130pd
+ 150t
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Nie Mar 22, 2009 5:26 pm

Ekchem, jak coś te dwa posty to jedna częśc, ale nie zmieściło mi się w jednym poście.

Wszedł do domu cech łowców. Miał na sobie piękny czarny garnitur i długi czarny płaszcz z kapturem naciągniętym na głowę, z całego stroju uderzała tylko obecność różowej różyczki przypiętej z prawej strony płaszcza na wysokości piersi. Ostrożnie zdjął kaptur, tak aby nie zepsuć swojej pięknej fryzury, nad którą męczył się parę godzin. Był tu pierwszy raz i chciał zrobić dobre wrażenie. Spojrzał na ekspedientkę która pożerała go wzrokiem. No cóż, czasami trzeba płacić za swoją boskość, nachalnymi spojrzeniami. Podszedł do wielkiego ogłoszenia: „Szukamy sprytnego i obeznanego w swoim fachu łowcy, który odnajdzie naszą córkę, szczegóły mówimy przy bliższym spotkaniu. Wysoka nagroda za odnalezień córki!”. Popatrzył się jeszcze na ogłoszenie, może by tak… spróbować? Podszedł do ekspedientki która – widać – tylko na to czekała.
- Przepraszam panią… - powiedział uśmiechając się szeroko do ekspedientki i posyłając jej śliczne spojrzenie. – Chciałbym się dowiedzieć, czy te ogłoszenie jest nadal aktualne? – zapytał lekkim gestem głowy wskazując na ogłoszenie które wcześniej czytał.
- Tak, tak, oczywiście… po dalsze instrukcje musi się pan udać do biura 103. – powiedziała szybko i rzuciła słodko. – Powodzenia.
Zirytowany poszedł do biura 103. Lekko zapukał.
- Proszę! – odezwał się ktoś z wewnątrz i L nieśmiało wszedł. Za biurkiem siedziała przepiękna kobieta. Od razu uderzyły go słodkie perfumy. Ach, tak kobieta ma dobry gust.
- Przepraszam ja w sprawie ogłoszenia które… - nie zdążył dokończyć bo kobieta mu przerwała.
- Ach, tak proszę usiąść. – wskazała mu krzesło obok siebie? L nieśmiałym krokiem podszedł i usiadł. – A więc tak: Rose zaginęła dwa dni temu. Ostatni raz widziana była na rogu Crounte i Rouling. Tu są namiary na jej znajomych i rodzinę, a tu jest jej zdjęcie. Życzę powodzenia. – zakończyła puszczając do niego oczko i zajęła się powrotem swoimi sprawami.
L wyszedł z biura 103 i oparł się o ścianę. Popatrzył na zdjęcie. Piękna dziewczyna o długich rudych włosach i dużych zielonych oczach. Wyglądała na demonkę… a może to tylko jego wspomnienia tak podpowiadały. Schował zdjęcie i spojrzał na listę znajomych. No cóż jakby nie patrzeć były tylko dwa adresy… do jej rodziców i do jej chłopaka. No tak licz, że w takiej agencji dadzą Ci pełne informacje. Ruszył się z miejsca i zmierzał w kierunku wyjścia. Zamierzał najpierw odwiedzić rodzinę. Wyszedł na zatłoczoną ulice i rozejrzał się… o dziwo stwierdził, że na tej samej ulicy mieszka jej rodzina, więc ruszył w kierunku numeru 369. Długo błądził. W końcu, był w nowym miejscu. Gdy w końcu znalazł się tuż przed tym numerem, zauważył, że dziewczyna musi być bogata. Posesja była duża ogrodzona wielkim murem, a zza muru wystawała wielka willa. Otworzył bramkę i wszedł na teren posesji. Zaginiona miała piękny ogród. Z wrażenia musiał sięgnąć po cukierka. Doszedł w końcu do drzwi i zadzwonił. Już po chwili otworzyła mu służąca.
- Słucham pana? – zapytała lustrując L’a wzrokiem.
- Witam, ja w sprawie ogłoszenia. – powiedział uśmiechając się do dziewczyny.
- Ach, tak proszę. – otworzyła drzwi i wpuściła go do środka. – Za chwilę przyjdzie moja pani, proszę się rozgościć. – odeszła pośpiesznie, a L zaczął się rozglądać.
Co prawda jego komnata była ładniejsza, ale tu również dało się wyczuć pewien styl. Spojrzał na kanapę w rogu i usiadł na niej. Już po chwili zjawiła się pani domu, lekko potargana.
- Przepraszam, Kouney przynieś panu herbaty! Ach, tak witam nazywam się Miranda jestem matką Rose. – powiedziała siadając po drugiej stronie stolika naprzeciwko L’a i uśmiechając się niewinnie.
- Witam, nazywam się L i staram się odnaleźć Pani córkę. Najpierw chciałbym się dowiedzieć ile osób mieszka w tym domu? – zapytał wyjmując notatnik i zapisując notatki.
- Hym, a więc w domu mieszka osiem osób, ja, mój mąż Daniel, syn Roger, służąca Kouney, ogrodnik Ernest, kucharka Dounery, ochroniarz Crewey i moja córka Rose. – ostatnie słowo wymówiła z łezką w oku.
- Czy córka miała jakiś wrogów? Lub czy pani ma jakiś wrogów?
- Córka nie miała żadnych wrogów, była kochana i bardzo inteligenta zawsze chętnie wszystkim pomagała, a ja cóż… jest była żona mojego męża która próbuje każdymi sposobami spowodować by do niej wrócił, ale nie sądzę by to była ona.
- Czy widziała się pani z córką w dzień zaginięcia?
- Tak, z samego rana jak wychodziłam do pracy.
- Czy zachowywała się inaczej niż zazwyczaj?
- Nie, zupełnie normalnie się zachowywała, jak zwykle siedziała przy porannej kawie i rozmyślała.
- Dziękuje bardzo, czy mógłbym porozmawiać z resztą domowników?
- Tak, o idzie Kouney z herbatą akurat. Kouney porozmawiaj z panem L’em na temat zaginięcia Rosy, ja musze wracać do pracy. – powiedziała szybko się oddalając. Służąca postawiła herbatę i usiadła na miejsce pani domu. L sięgnął po cukierniczkę, wsypał całą zawartość do herbaty i zamieszał.
- Dobrze pani znała Rose? – zapytał L powoli wpatrując się w swoją filiżankę.
- Tak, właściwie byłyśmy bardzo dobrymi znajomymi, przyjaźniłyśmy się.
- Hym, czy miała ona jakiś wrogów? – zapytał uśmiechając się do swojej filiżanki.
- Nie przynajmniej ja nic o tym nie wiem… no chociaż… - ściszyła głos. – to mógł być jej chłopak, bo pare dni wcześniej mówiła coś o zerwaniu z nim, a on był w niej taki zakochany…
- Ach, dziękuje bardzo czy teraz mógłbym porozmawiać z panem Danielem?
- Tak już idę, mam nadzieje, że ją pan odnajdzie… - pobiegła gdzieś.
L wypił herbatkę. Hym, tak trudna sprawa, każdy zapewne będzie rzucał cień podejrzenia na kogoś innego.
- Witam, jestem Daniel. – odezwał się tubalny głos. L spojrzał w górę i zobaczył potwora… znaczy człowieka o dużym wzroście i dużym przyroście masy mięśniowej. Aż przeszły go ciarki.
- Witam, L. A więc podstawowe pytanie, jakie stosunki miał pan z córką?
- Ja? Bardzo dobre. – powiedział Daniel opierając się o ścianę i lekko przymykając oczy. – Rose była moim oczkiem w głowie, zawsze dawałem jej to co chciała, a teraz jej nie ma… - jego głos się lekko załamał.
- Hym, a nie wie pan czy mogła mieć jakiś wrogów?
- Wrogów… może wrogów nie miała, ale nigdy nie potrafiła dogadać się z Rogerem.
- Dziękuje, czy mógłby tu teraz przyjść Roger?
- Tak… ufam, że pan ją odnajdzie całą i zdrową. – odszedł.
L myślał intensywnie cały czas sprawdzając notatki, trochę się to robiło coraz bardziej pogmatwane. Wciągnął lekko powietrze i wepchał sobie kolejnego cukierka do buzi.
- Cześć jestem Roger. – powiedział młody chłopak podobny do L’a.
- Cześć Roger, L jestem. – uśmiechnął się widząc, że Roger ma w ręku ogromną tabliczkę czekolady którą podjada. – Hym, jakie stosunki miałeś z siostrą?
- Nienajlepiej się dogadywaliśmy. – powiedział zagryzając czekoladą. – Ona mnie zawsze uważała za świra, więc ja nie byłem jej dłużny. Hym, ale na pewno to nie ja jestem odpowiedzialny za jej porwanie.
- Ach, to zapewne nie bardzo się orientujesz czy miała wrogów? – zapytał wzdychając na widok czekolady.
- Hyhy, to akurat wiem bardzo dobrze, ona prowadziła zagmatwany tryb życia, ale opowiem panu o tym poza tym domem, może jak pan wszystkich przepyta to pana odprowadzę?
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Nie Mar 22, 2009 5:27 pm

- Dobrze, a więc niech teraz przyjdzie kucharka.
Gdy chłopak odszedł L musiał zjeść pare cukierków. Ach, chyba po raz pierwszy jest pewny, że ktoś powiedział mu całą prawdę. Przyszła kucharka i była tak samo seksowna jak reszta osób płci żeńskiej pod tym dachem.
- Witam, L czy znała pani dobrze Rose?
- Tak, przyjaźniłyśmy się.
- To zapewne będzie się pani orientować kto może stać za porwaniem Rose…
- No cóż… szczerze mówiąc, ona zawsze była zamknięta w sobie, ale myślę, że to mogła być Kouney.
- Czemu?
- Parę dni wcześniej widziałam jak Rose flirtowała z Ernestem, a on był i jest z tego co wiem chłopakiem Kouney.
- A pani nie przyjaźni się z Kouney?
- Nie, nie przepadamy za sobą.
- Hym, dziękuje, może pani zawołać teraz tego Ernesta? – L patrzył jak kucharka odchodzi i szybko pisał w swoim notatniku, było coraz więcej tropów… aż za dużo. Zobaczył przystojnego mężczyznę który szedł w jego kierunku, uśmiechnął się lekko.
- Witam, jestem L prowadzę dochodzenie w sprawie Rose, jakie łączyły was stosunki?
- Witam, my… się tylko kolegowaliśmy, w końcu była ona przyjaciółką mojej dziewczyny.
- Tylko kolegowaliście… no dobrze, może wie pan „przypadkiem” czy miała jakiś wrogów?
- Nie, z tego co wiem była bardzo lubiana…
- Dobra, dziękuje. Czy mógłbyś zawołać ochroniarza? – rzucił L i spojrzał jak ogrodnik odchodzi. Uff… już tylko ochroniarz. Powoli L’owy mózg się zmieniał w truskawkowy kisiel.
- Witam. – powiedział ktoś stojąc za L’em, L pobladł i obrócił się powoli. Stał przed nim duży przystojny facet, prawdopodobnie ochroniarz.
- Ach, tak… - szybko pozbierał się w sobie. – Witam, jestem L, jak dobrze znał pan Rose?
- Rose? – ochroniarz uśmiechnął się lekko. – Powiedzmy, że się kolegowaliśmy, była ona w końcu przyjaciółką mojej dziewczyny.
- Pana dziewcz…?
- Tak, kucharka Dounery…
- Hym, hym – L się zamieszał lekko. – A może słyszał pan o jej jakiś wrogach?
- Niestety nie.
- Ach, dziękuje. W takim razie czas na mnie. Dowidzenia. – Lawliet ruszył do drzwi. Boże, jakie to wszystko pokręcone. Wyszedł na zewnątrz i odetchnął świeżym powietrzem. Był już koło bramy pogrążony w swoich myślach, gdy wyskoczył na niego z krzaków Roger.
- Ach, chyba zapomniałeś o mnie? No nic, podprowadzę Cię gdziekolwiek zmierzasz. – Roger wziął L’a pod rękę i wyprowadził na ulice. L czuł się lekko zażenowy, ale mniejsza… - A więc, moja siostra to straszna szmata. Miała chłopaka, ale jej on chyba nie wystarczał. Więc korzystała z chłopaków swoich niby „przyjaciółek” ogrodnika Ernesta i ochroniarza Crewey’a. Przyjaciółeczki też o swoim istnieniu nie miały pojęcia i myślały, że są tymi jedynymi najukochańszymi psiapsiułami. Faktycznie każda osoba z tej piątki miała motyw.
- Nadawał byś się na detektywa. – powiedział lekko się uśmiechając. – O jesteśmy już na miejscu. – L spojrzał na domek chłopaka Rose. – Bywaj Roger! – powiedział szybko wbiegając za bramę i pukając do drzwi. Roger zrobił smutnego dziubka i odszedł. L odetchnął z ulgą… i otworzyły się drzwi, a w nich staną przystojniak na miarę samego Reno.
- Ach, jak sądzę L… jestem Jasper, zapraszam do środka. – L wszedł za nim.
- Hym, może powiesz mi najpierw jak się układało ostatnio między wami? – zapytał L wciskając kolejnego cuksa do buzi.
- Ostatnio nie najlepiej. Jej brat, powiedział mi o jej zdradach. Więc z nią zerwałem. Ona co prawda jeszcze mnie potem nachodziła i mówiła, że to jakieś chore wymysły jej brata, ale ja jej nie uwierzyłem, za wiele już przez nią się wycierpiałem. Co prawda potem całkiem często przychodził Roger pocieszając mnie i zapewne próbując poderwać… - L zrobił duże oczy. – Tak, Roger był gejem. Rose za to go nie znosiła i za to, że próbował mnie jej odbić. Kompletnie nie mam pojęcia kto mógł ją porwać, ale tak nachodzi, mnie myśl, że może wcale jej nikt nie porwał.
- Jak to nikt nie porwał? – L połamał niechcący ołówek na notatniku i wyjął nowy.
- Mogła sama gdzieś wyjechać, żeby zrobić wokół siebie dużo szumu, a może nawet z nadzieją, że wrócę do niej.
- No dobrze, dzięki. Jak coś to jeszcze się odezwę. Dowidzenia. – L wyszedł na zalane zachodzącym słońcem podwórko. Ruszył w bliżej nie znanym sobie kierunku i próbował to wszystko poukładać. Nagle zaświtała mu myśl, ale nie zdążył nic zrobić gdy jakiś trzech knypków wyskoczyło na niego.
- Zostaw tą sprawę!
- To nie twój interes!
- Zapomnij o wszystkim!
L uśmiechnął się lekko i rozpiął płaszcz, spod którego wyjął katanę. Podbiegł szybko do pierwszego typa i odciął mu głowę. Głowa spadła na Ziemie z zastygłym zaskoczeniem na twarzy. L uśmiechnął się lekko i doskoczył do drugiego. Wbił mu miecz na wylot w serce i patrzył na konającego z błogim uśmiechem. Został trzeci, który zastygł ze strachu i nie mógł się ruszyć. L lekkim krokiem podszedł do niego i pokazał kły.
- Kto was nasłał? – zapytał L zbliżając kły do jego szyi.
- Wmynyumuinfdyehuxkjcvuadkf…
- Słucham? Możesz powtórzyć? Ale wolniej? Bo jestem strasznie głodny i nie wiem czy puścić Cię wolno.
- Powiem, wszystko powiem! Tylko mnie jedz… - powiedział płacząc jak dziecko. Takie chwile napawały L’a nieokreśloną dumą z siebie. – Nasłała nas panienka Rose…
- Taaak? Panienka Rose? To teraz prowadź mnie do niej. – powiedział popychając go. – No prowadź.
- Dobrze sir! – powiedział i prowadził L’a w coraz biedniejsze dzielnice. Doszli do jakiegoś wejścia do piwnicy. – Tu. – powiedział i uciekł szybko. L zachichotał i otworzył wejście. Zszedł po schodach. Na dole zastał ładnie urządzony pokoik, gdzieś w oddali tyłem do L’a siedziała rudowłosa dziewczyna śpiewając jakąś piosenkę. L kaszlnął cicho. Dziewczyna podskoczyła, wstała i obróciła się.
- Nie… Jakim cudem…
- Normalnym. Teraz powiedz mi po co ta cała szopka?
- Znalazłeś mnie, a tego nie wiesz? Po to by nikt nie podejrzewał mnie o to, że zabójstwo które ma teraz miejsce jest moją sprawką. – zaśmiała się okrutnie. – Zniszczył mi życie, to ja jego zniszczyłam.
- Zobaczymy, a teraz… - wyjął kajdanki z kieszeni… niestety miał tylko z różowym puszkiem. – Idziemy do domu. – skuł jej prawą rękę i swoją lewą w kajdanki i wyprowadził ją z piwnicy. L zagwizdał cicho i znikąd pojawił się czarny koń. Wsiadł na niego, a protestującą dziewczynę posadził za sobą. Ruszyli szybkim galopem do domu dziewczyny. L szybko zeskoczył wziął dziewczynę na barana i wbiegł do domu nie pukając.
- Roger!!! – krzyknął L stojąc tuż przy schodach prowadzących na górę. Na szczycie schodów pojawiła się matka Rose.
- Roger, wyszedł zaraz po tym jak pan wyszedł, a co do… - powiedziała patrząc na córkę. – Rosa? Córeczko. Pan ją znalazł.
- Tak i zabieram ją teraz w odpowiednie dla niej miejsce, ona prawdopodobnie jest odpowiedzialna za śmierć pani syna, a teraz dowidzenia. – rzucił wybiegając z domu i zostawiając oniemiałą panią domu. Wskoczył szybko na konia i ruszyli do chłopaka Rose.
- Nie! Po co tam jedziemy!? Ja nie chcę! – dziewczyna zaczęła się kręcić, ale L nie zwrócił na to uwagi. Dojechali do domu jej chłopaka i L wpadł nie pukając.
- Roger!!! – krzyknął. Nagle zza drzwi wyszedł Roger i Jasper.
- L? Rose? – zapytali patrząc dziwnie na L’a trzymającego Rose na baranach.
- Wiedziałam! Ty głupi geju zniszczyłeś mi życie! Do tego zabrałeś mi chłopaka! – Dla L’a o mało bębenki nie pękły w uszach, toteż zatkał jej usta swoją różową puszkową chusteczką. Jej brat z chłopakiem zachichotali i przytulili się. Rose zemdlała. L zdjął kajdanki ze swojej ręki i skuł Rose do ramy przy schodach.
- Uff… Rose nasłała na Ciebie zabójców… - wysapał L patrząc troskliwie na Rogera.
- Wiem, widziałem jak ich załatwiłeś. – chłopak uśmiechnął się do L’a.
- Ach, więc oni mieli Ciebie wykończyć, a więc nie ma już niebezpieczeństwa…
- A ja zapraszam Ciebie na herbatkę. – powiedział Jasper otwierając drzwi do pokoju z którego wyszedł z Rogerem.
- Dziękuje, skuszę się. – Powiedział idąc w kierunku drzwi i uśmiechając się szeroko.
*****
Parę godzin później, gdy na podwórku już się przyciemniło L żegnał Jaspera i Rogera, bardzo długo i bardzo czule. W końcu L wrzucił Zakneblowaną Rose na konia, na którego sam wskoczył i odjechali do domu cechu łowców. Gdy dojechali L wziął dziewczynę, przerzucił ją przez bark i wszedł do środka.
- Witam, ja w sprawie ogłoszenia, wystąpiły pewne komplikacje… - powiedział do ekspedientki która uśmiechnęła się do niego uroczo i kazała iść do biura nr. 103. Poszedł więc, a gdy wszedł znów poczuł tę piękne słodkie perfumy i ujrzał piękną kobietę.
- Och, witam, znowu pan? A kogo pan tam ma? Czy to Rose?
- Tak to ona, odnalazłem ją i zaniepokoiłem się trochę tym zniknięciem. – powiedział rzucając Rose gdzieś w kąt. – Dziewczyna zniknęła, by nikt nie podejrzewał ją o zabójstwo brata, na którego nasłała trzech knypków.
- Och, to w takim razie sprawą zajmą się odpowiedni ludzie. – powiedziała kobieta patrząc z góry na dziewczynę.- Dziękuje panu. – powiedziała wskazując na drzwi. L wyszedł i odetchnął z ulgą. W końcu koniec. Ruszył na dół do ekspedientki gdzie powypełniał parę papierków, w końcu zapiął płaszcz, narzucił kaptur i wyszedł.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Nie Mar 22, 2009 6:39 pm

L xD kocham Cię. Parę powtórzeń, ale poza tym było oke. Chyba oke bo nie pamiętam, za dużo tego jak na jednorazowe sprawdzanie ;d.

+ 199pd
+ 200t
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Pią Mar 27, 2009 9:15 pm

Przyszedł się tu i siem rozglądnął. Wziął pierwsze lepsze ogłoszenie które przykuło jego uwagę, tak on był raczej z tych którzy oceniali książkę po okładce, w końcu coś co wygląda dobrze nie może być złe, prawda?
W końcu dorwał jakieś kolorowe ogłoszenie ukazujące piękną kobietę z długimi brunatnymi włosami i ciemnymi piwnymi oczami. Zerwał ogłoszenie i wyszedł z domciu szukając ofiary. Gdy zorientował się że idzie w dal przed siebie kierując się tylko i wyłącznie swym boskim instynktem, pomyślał że jednak ułatwi sobie sprawę i poczyta ogłoszenie...
Wyjął je i zaczął czytać... Doczytał że ma brunatne włosy i piwne oczy, ha! Pierwsza wskazówka! Bla bla, jakieś wskazówki, adres i takie tam zbędne informacje..
Wpadł na genialny pomysł! Poszedł do najbliższego haremu pamiętając że była tam dziewczyna dosyć podobna do tej na ogłoszeniu.. A więc wparzył do haremu, był jak cud normalnie! Wszystkie rzucały mu się pod nogi a on robił sobie z nich podłoże <3 Znalazł szmatę której szukał a ona zemdlała na jego boski widok <3
Demon wziął ją za kudły i zataszczył do domciu łowców wmawiając gościowi od okupów że to ta której szuka, a jak ten próbował zaprzeczać to demon tylko wyszczerzywał swoje ząbki. W końcu udało mu się upchnąć babkę za pół ceny i sru go nie było
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Pią Mar 27, 2009 9:19 pm

Nie powinienem tego w ogóle sprawdzać! A4 ma być! ><
Yh.
+ 29 pd xd
+ 100t
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Czw Kwi 02, 2009 8:44 pm

Nogi znów mnie tu zaniosły. Z powodu nudy, czy raczej chęci ulepszenia swoich umiejętności? A jak chcesz wiedzieć to się ich spytaj.
Recepcjonistka tylko westchnęła na mój widok. Tak, to z nią rozmawiałam za pierwszym razem.
-Upadły Anioł, Taya, Zwiadowca?-spytała wertując w papierach.
-Łapacz.-poprawiłam obojętnie. Niedawny awans mógł być niezarejestrowany w Cechu.
-O, gratuluje.-spojrzała na mnie uważniej. Będą kłopoty... Jak nic. Wyższa ranga, czyli trudniejsze zadanie. Czyżby znów od mistrza Nidora?
-Poczekaj, aż któryś z Mistrzów będzie wolny.-kiwnęłam głową i powędrowałam na krzesełko w poczekalni. Nie spałam, nie bujałam się na nim, po prostu obserwowałam przeciwległą ścianę. I tak minęła jakaś godzina, aż usłyszałam upragnione:
-Zapraszam.-kobieta podeszła mnie bezszelestnie. Natychmiast podniosłam się z krzesła i skłoniłam lekko. Mistrzyni ubrana była w prosty brązowy strój: spodnie i koszulę. Przy boku miała sztylet i łańcuch. Białe włosy łagodnie opadały na jej zimne, szare oczy. Blizna na policzku nie szpeciła jej twarzy, tylko dodawała powagi. Kurze stopki przy oczach były jednym świadectwem starości. Szła szybko, pewnie stawiając kroki.

-Świeżo upieczony Łapacz?-podsumowała po przejrzeniu papierów. Widocznie dostała je na recepcji. Potulnie kiwnęłam głową. Miała w sobie charyzmę i coś co nie pozwalało przerwać jej wypowiedzi czy sprzeciwić się.
-Właściwie to nie mam zadania dla Łapacza, ale mam dla myśliwego, coś trudniejszego. Bierzesz?
-Mogłabym prosić o szczegóły?-nie chciałam wplątać się w jakieś zadanie na ciemno, bez żadnych konkretów.
-Przynieść jajo smoka. Mają swoją siedzibę w Lesie War’Shewa. Tu masz krótką charakterystykę rasy. Po powrocie szukaj Mistrzyni Ineko.-odprawiła mnie gestem.
Już za drzwiami przejrzałam kartki, które od niej dostałam. Krótka charakterystyka rasy była bardzo krótka i poinformowała mnie o zagrożeniu życia. A to dopiero początek...

Wylądowałam na skraju lasu. Znalazłam drzewo o rozległych konarach i urządziłam sobie na nim centrum dowodzenia. Zostawiłam tam większość bagażu, zapasy żywności i poleciałam na zwiad. Przemieszczałam się nisko, tuż nad koronami drzew wypatrując smoków. Bardziej liczyłam na szczęście, niż miałam w tym jakąś metodę. Niestety, zawiodło mnie. Dzisiejszy dzień był nieefektywny. Zajęłam miejsce na swoim drzewku i zapadłam w lekki, niespokojny sen.
Następnego dnia obudziłam się z nowym postanowieniem. Zamiast bezsensownie wypatrywać latającego smoka będę przeczesywać dokładnie każdy kawałek lasu. Oczywiście ta metoda będzie bezskuteczna jeśli smocze jajka będą ciągle w ruchu, ale i tak da więcej efektów niż latanie nad drzewami.

Po tygodniu udało się. Wytropiłam smoka. Był zielony, zwinny i wręcz niesamowicie szybki. Ledwo za nim nadążałam, zresztą mój lot spowalniały też drzewa i krzewy. W pewnym momencie zniknął mi z oczy. Zaklęłam cicho i rozejrzałam się uważnie. Pusto, pusto, wielkie gadzie oczy...

Otrzeźwił mnie ból. Spadłam gdzieś... Rozejrzałam się. Jakaś jaskinia, choć bardziej przypominało to dużą norę w ziemi. Światło wpadało przez dziury w suficie oraz... wyjście! Rzuciłam się tam, gdy nagle wyjście znikło. Widać było tylko zieloną łuskę. Cofnęłam się i zagrzebałam w mchu, obserwując wyjście. Smok wpełzł do środka i zajął się czymś. Siedziałam cichutko, czekając aż sobie pójdzie. Zaś on zwinął się w kłębek jak pies i zasnął. Przyglądałam się mu czujnie. Gdy już byłam pewna, że śpi cichutko wygrzebałam się z mchu. Ruszyłam do wejścia, gdy dostrzegłam przy czym smok leży. Jajka! Było ich pięć, wszystkie rozmiaru mojej głowy. Zatrzymałam się z wahaniem, ryzykować czy nie? Zaryzykuję. Na paluszkach zbliżyłam się do gada i z trudem podniosłam jajko leżące najbliżej mnie, a najdalej od potwora. Potem wycofałam się do wyjścia. Zdradziła mnie jakaś sucha gałązka, na którą nastąpiłam. Gad podniósł głowę, a ja odwróciłam się i nie dbając o ciszę ruszyłam biegiem. Po wydostaniu się na powierzchnię od razu wzbiłam się w niebo, lecąc jakby mnie sam diabeł gonił. Zresztą chyba o niewiele się pomyliłam.
Do obozu dotarłam pod wieczór. Zmęczona noszeniem jajka umieściłam je w plecaku pełnym słomy i zawiesiłam na jednej z gałęzi, tuż obok tej z prowiantem. Poszłam spać.

Ból w nodze. Trzask. Zdaje się, że złamano mi palec u lewej ręki. Ciężki krok. Łuska przy moim policzku. Trzymałam oczy zaciśnięte z całych sił, w końcu zielone smoki umieją hipnotyzować, a temu to się już raz udało. Czekałam, aż sobie pójdzie. Czekałam... Trzask, gałąź upadła na ziemię. No i po zleceniu, trzeba od nowa zaczynać. Łuska prześlizgnęła się po moim policzku. Zebrałam się na odwagę i uchyliłam powiekę. Pusto. Zerknęłam na trawę pod drzewem. Zielona gadzina właśnie wyżerała mi suszone mięso, mój prowiant. Po cichu zabrałam plecak i ulotniłam się. Tym razem zmierzałam prosto do Cechu, bez żadnych przystanków. Nawet prowizoryczny opatrunek założyłam sobie lecąc.

Recepcjonistka o dziwo od razu znalazła Mistrzynię Ineko. Wylądowałyśmy w tym samym gabinecie, jedyną zmianą wystroju był mój plecak o tak cennej zawartości na biurku kobiety.
-No proszę, może jednak coś z Ciebie będzie.-obdarzyła mnie wykrzywieniem warg, które zapewne miało uchodzić za uśmiech i odprawiła.
Wniosek: głupi ma zawsze szczęście. Ale medyka i tak trzeba znaleźć.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Czw Kwi 02, 2009 9:24 pm

Cóż za radość! Długo czekałem na coś w tym cechu ;d Było dobrze.

+ 130pd
+ 150t
- 10pż
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Pon Kwi 27, 2009 12:35 am

Może misja poprawi mój humor. A jak nie to przynajmniej pozwoli skupić na czymś myśli. Z takim nastawieniem wkroczyłam do domu cechu. Recepcjonistka zajęta była malowaniem się w lusterku. Stanęłam przed blatem i irytującym stukaniem paznokci o biurko pogoniłam ją do szybszego skończenia piększenia się. Posłała mi spojrzenie mówiące „spadaj”, choć zdaje się mniej kulturalnie. Gdy skończyła wyciągnęła moje papierzyska.
-Upadły Anioł, Taya, Łapacz?-upewniła się.
-Łowca.-mruknęłam zastanawiając się czy mogłabym jej nie poprawiać. Może by nie zauważyła?
-Znów awansik?-ton jawnie świadczył o powątpiewaniu w moje możliwości, ale puściłam to płazem. Co mnie to obchodzi.
-Mistrz Nidor z radościom przydzieli Ci misję. Nadal trzeci drzwi po lewo.-czy to zemsta za brak reakcji? Jeśli tak to całkiem udana... Z westchnięciem skierowałam się po zadanie.

-No, znów Upierzona się pojawiła.-zaśmial się odkładając moje papiery. Siedziałam na fotelu wyprostowana jak struna. Z pewną przykrością zauważyłam, że nie przybyła mu kolejna blizna. Zdecydowanie nie lubiłam tego człowieka, wręcz instynktownie. Podejrzewałam, że należał kiedyś do Wampirów, więc może to mój lęk dawał o sobie znać?
-Chciałabym misję Mistrzu.-przerwałam dłużące się milczenie.
-Dobrze. Masz misję: uprowadzić złodziejaszka i praktykę u kata. W końcu łowca musi też umieć torturować swoje ofiary, czyż nie?-z uroczym uśmiechem odprawił mnie, wczesniej wręczając rysopis poszukiwanego. Wyszłam na drżących nogach, kolorystyką twarzy zbliżona do białej ściany.
-Osz kur...-wymknęło mi się.

Chłopak. Młody, nie wiadomo jakiej rasy z królestwa Valtamier. Oszukuję kupców, wyłudza pieniądze, mówiąc, że wie gdzie zainwestować. Jeśli chodzi o porwanie było to wręcz banalne. Nawet adres, gdzie chłopiec śpi dostałam. Uboga karczma. Zatrzymałam się przed wejściem rozważając taktykę. Rozpięłam guziki od koszuli, tak by odsłaniały więcej biustu. Sztylet ukryłam na pasku zawieszonym na udzie, mieczy akurat przy sobie nie miałam. Jeszcze tylko skróciłam ostrzem swoją spódnicę, schowałam skrzydła i byłam gotowa. Skierowałam się do własciciela.
-Ja do klienta.-mruknęłam kusząco i oblizałam wargi. Karczmarz nie pytał o nic więcej tylko skierował mnie na górę. Po przeszukaniu pokoji zdołałam ustalić wktórym mieszka chłopak. Pomogły mi w tym fałszywe czeki i dużo kryjówek na złoto w jednym z pokoji. Przeniosłam krzesło tak, bym w razie otwarcia drzwi pozostała niezauważona.

Czekanie opłaciło się. Chłopak wszedł i zamkną drzwi. Wtedy mnie zauważył. Wyraźnie rozszerzyły mu się źrenice. Nie dziwię się-ręce splotłam pod piersiami, co tylko je eksponowało.
-Szukałam Cię...-uśmiechnęłam się wdzięcznie wstając z krzesła.
-Mn.. Mnie?-prychnął zdziwiony i cofnął się. Pech chciał, że tam była ściana. Zbliżyłam się do niego jeszcze bardziej. Wargami musnęlam policzek by wyszeptać do ucha:
-Zaskoczony?-słyszałam jak szybciej przełkną ślinę. Jego ręka wylądowała na moim tyłku. Jednak już miałam w rękach łańcuch. Oplotłam go nim zorientował się o co chodzi. Odsunęłam się i zapiełam guziki od koszuli. Tylko spódnicy szkoda.

Chłopaka odstawiłam do strazników. Następnego dnia miałam się zgłosić do kata. Udałam się więc na zasłużony odpocznynek podrywając się następnego dnia o świcie.
Kata znalazłam łatwo. Jednak wczesniej zaopatrzyłam się na rynku w chustę i owinęłam nią nos i usta. I dobrze zrobiłam, nawet przez taką „zasłonę” czułam zapach krwi roznoszący się w katowni. Blada podeszłam do kata. O dziwo była to kobieta, ubrana w skórzany kombinezon. Wyglądała jak koszmar z filmów sado-maso.
-Łapacz Taya zgłasza się na praktykę.-wyrzuciłam z siebie chcąc mieć to jak najprędzej za sobą.
-Świetnie. Idź za mną.-rozkazała nie zważając na moją przerażoną minę.

Cela była niska i mała. Stół zajmował większośc jej powierzchni. Na stole leżał, rozłożony krzyżem złapany przeze mnie chłopak. Nagość ujawniła, że jest chudy i kościsty.
-Kto to?-spytałam, nie mogąc powstrzymać ciekawości. Jak ma na imię moja/nasza ofiara? Starannie unikałam widoku drugiego stołu z narzędziami. Błyszczały one, były wręcz zadziwiająco czyste. Widocznie nie chciano by przesłuchiwany czy też torturowany zmarł z podowu gangreny.
-Co za różnica?-odparła. Nawet nie zauważyłam gdy twarz zakryła maską. Twarz klauna a w ręku szczypce. Podeszła do niego i zaczęła go torturować jednoczesnie tłumacząc mi jak ja mam to robić. Po chwili wepchnęła mi szyczypce do rąk. Nie mając innego wyboru zrobiłam to samo co ona. Zdecydowanie brakowało mi wprawy. W sali robiło się coraz cieplej. Dopieo teraz dostrzegłam żarzące się sztaby, na których było znamię złodzieja do wypalania.
-To teraz upuścimy trochę krwi.-zaśmiała się mistrzyni zadawania cierpienia i podeszła do chłopaka ze sztyletem. Brutalnie wycięła mu na piersi napis ZDRAJCA. Krew... Zatoczyłam się i oparłam o stół. Kat to zignorowała.
-Idź po pieczęć i będziesz wolna.-zakomenderowała stojąc do mnie tyłem. Powoli ruszyłam do paleniska. Dobrze, że sala była na tyle mała, iż swobodnie mogłam przytrzymywać się ścian. Doszłam do ognia i zatrzymałam się. Tutaj powietrze przesycone było żarem brakło miejsca na zapach czerwonej substancji. Uniosłam pogrzebacz i zawróciłam.
-Tutaj, na policzku.-rozkazała. Posłusznie podeszłam bliżej wstrzymując oddech. Przyłożyłam pieczęć do skóry chłopaka starannie ignorując wrzask. Dopiero teraz zauważyłam, że jest kotołakiem. Małe kocie uszy i przerażone kocie oczy, w tym momencie pełne obłędu robiły wrażenie. Westchnęłam cicho. Gdyby to miało jakikolwiek sens... A tak? Karzemy biednego małego oszusta, a ci wielcy są na tyle potężni by unikać jakichkolwiek sankcji. Łapówka w rękę i sprawy nie było... Zabrałam pogrzebacz czy co tam było i odniosłam do paleniska. Wróciłam na swoje miejsce, obok kata. Zapach krwi zaatakował.
-No, a teraz nauczysz się jak wyjmować wnęczności, by ofiara je zobaczyła. Widzisz, tak trzeba nakroić.-sztylet zagłębił się w skórę dzieciaka. Właśnie ten moment wybrałam sobie na utratę przytomności.

Ocknęlam się w jasnym pomieszczeniu. Ładnie pachniało. Czystością. Nade mną pochylała się jakaś twarz. Krzyknęłam i wyprowadziłam lewy sierpowy. Złapał mnie za rękę.
-Misja ukończona. Co prawda nie z pełnym sukcesem, ale niech będzie.-dopiero głos uświadomił mi z kim mam do czynienia. Mistrz Nidor. A ja go właśnie próbowałam walnąć...
-Jesteś w Cechu. Jeśli czujesz się na siłach jesteś już wolna.-powiedział jeszcze i wyszedł. Rozejrzałam się i prawie spadłam ze stołu. Obok mnie leżał ten chłopaczek. Martwy. Widocznie tymczasowo go tu przechowywali, przed wystawieniem na publiczny widok. Ku przestrodze. Opuściłam Gildię jak na skrzydłach, wcześniej upewniając się, że mam cały dobytek.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   Wto Kwi 28, 2009 4:30 pm

Mhm. Szkoda, że nie rozbudowywałaś akcji ;<

+ 130 pd
+ 200t
- 5 pż - nie trzeba było tracić przytomności ;d
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dom Cechu Łowców   

Powrót do góry Go down
 
Dom Cechu Łowców
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Kraina Kayami :: Tereny pomiędzy królestwami :: Miasto kupców-
Skocz do: