Kraina Kayami

Przyłącz się do naszego fantastycznego świata...
 
IndeksFAQSzukajRejestracjaGrupyUżytkownicyZaloguj

Share | 
 

 Dom Cechu Rabusiów

Go down 
AutorWiadomość
Elys

avatar

Liczba postów : 1934
Age : 26
Registration date : 10/06/2008

Karta postaci
Srebrniki:

PisanieTemat: Dom Cechu Rabusiów   Pią Lut 27, 2009 3:08 pm

W tym miejscu każdy rabuś może potrenować, rozwijać swoje umiejętności.
(Po napisaniu wystarczająco długiego postanie, zostanie on oceniony przez MG)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://rasyfantasy.forumpolish.com
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Rabusiów   Pią Mar 06, 2009 5:36 pm

Niektórzy złodzieje byli naprawdę ‘sławni’. Wojsko wysyłało za nimi listy gończe i wyznaczało spore nagrody pieniężne za pomoc w ich schwytaniu. Mimo to w budynku Cechu nikt nie korzystał z masek, ani też innych form ukrycia swojego wyglądu. Niepisana umowa pomiędzy przynależącymi do gildii sprawiała, że żaden rabuś nie odważyłby się, ani też nie zechciał ‘nakapować’ na innego, nie tyle pod groźbą kar, ile splamienia złodziejskiego honoru.
Dziewczyna ze stoickim spokojem pchnęła ciężkie drzwi i wkroczyła do holu. Tutejsi mistrzowie ofiarowywali pomoc początkującym poprzez zadawanie prostych, acz czasem przydatnych prac. Podeszła do recepcji i po krótkiej rozmowie dowiedziała się, że pomieszczenie, w który przebywa Mistrz mający dać jej przydział znajduje się raptem kilka metrów od miejsca, w którym akurat stała.
Zasalutowała zawadiacko pulchniutkiej pani, która w przemiły sposób udzieliła jej informacji i ruszyła w wyznaczonym kierunku. Była tutaj pierwszy raz w życiu, jako uczeń, a nie jako klient zlecający kradzież czegoś. Do jej uszu, wyczulonych na subtelne dźwięki, doszło ciche brzęczenie. W ślad za odgłosem ruszyły oczy dziewczyny i od razu zauważyła pokaźną sakwę. Niewiele myśląc zmieniła nieco tor swojego ruchu i potknęła na tej niezwykle wyboistej powierzchni wyłożonej marmurowymi płytami. Opadła lekko na potencjalnego klienta i natychmiast odskoczyła, przepraszając i poprawiając jego strój, a w międzyczasie pozbawiając go tego małego skarbu.
Obdarzyła jegomościa uroczym uśmiechem i minęła go. Już chciała zabrać się za odważenie potencjalnej zawartości sakiewki, gdy przed nią zabrzmiał surowy, lecz rozbawiony, wysoki głos.
- Aali, nie zgubiłeś czegoś?
Jasnowłosa podniosła głowę znad sakiewki i ujrzała szczupłego, starszego pana ubranego w szaty mistrza. Nic dziwnego, w końcu złodzieje musieli utrzymywać formę aż do ostatnich lat swojego życia. Przygryzła wargę.
Mężczyzna nazwany Aalim obrócił się i spojrzał na nią z wyraźnym oburzeniem. Wyszarpnął jej sakiewkę z ręki i odszedł burcząc coś pod nosem o niewychowanych adeptach. Selena westchnęła ciężko. Zerknęła na Mistrza, czy czeka ją jakaś reprymenda?
- Nie kradniemy na terenie gildii, młoda panno – powiedział tylko i dał jej znak ręką, by ruszyła za nim. Przytaknęła z wyraźną ulgą. Już po chwili zniknęli za drzwiami maleńkiego biura.
Ze stoickim spokojem przeglądał jej dotychczasowe akta. Wiele w nich nie było, w końcu nie dawno przystąpiła go cechu i zaraz po testach zajęła się pracą w terenie.
- No, no – zacmokał. – Przeszłaś próbę śledzenia klienta z bardzo dobrym wynikiem, podobnie, jeśli idzie o obserwowanie potencjalnego miejsca włamania. Jednak w kwestii samej kradzieży kieszonkowej jesteś absolutną porażką – zakończył i odrzucił na bok jej teczkę. Wstał z krzesła i skierował swe kroki ku wielkiemu regałowi, na którym zalegały zlecenia.
Dziewczyna podziękowała w duchu za swoje dwa poprzednie zawody, kolejno obserwatora i łowcę. Widać, że zdobyte wtedy umiejętności nie poszły na marne. Oparła ręce o blat małego biurka i z ciekawością przyglądała się staruszkowi przewracającemu kolejne zwoje opatrzone krótkimi tytułami.
- To? – zastanowił się nad jednym i rzucił w kierunku biurka omal nie trafiając jej w oko. Pogrzebał jeszcze przez dobrą chwilę, po czym z tryumfalnym okrzykiem zeskoczył z małej drabinki bibliotecznej, na którą wszedł w trakcie szukania.
Znudzona czekaniem i uśpiona cichym szelestem pergaminu, przysnęła sobie, kładąc głowę na ciemnym blacie. Staruszek pokręcił głową i trzasnął dokumentem o biurko. Obudziła się w trybie natychmiastowym i odepchnęła gwałtownie od stolika. Zachwiała się na krześle, rozpaczliwie machając rękoma w powietrzu i z hukiem odleciała do tyłu. W oczach Mistrza coś zalśniło, jednak nie odezwał się ani słowem, tylko wręczył jej pergamin.
- Zniszcz przed przeczytaniem – odpowiedział radośnie i odwrócił się do okna.
Selena spojrzała na niego podejrzliwie, jednak rozwinęła zwój i przeczytała go uważnie. Wynikało z niego, że musi się pobawić w oszustkę, a kradzież kieszonkowa to zaledwie drugi element całej zabawy. Według dokumentu powinna się stawić równo w południe w gospodzie ‘Pod Czarnym Kotem’, gdzie czekał kontakt mający ją wprowadzić w dalsze szczegóły. Właśnie darła zlecenie na części, gdy odezwał się wielki zegar z korytarza, wieszczący straszną prawdę – właśnie wybiła dwunasta.
Dziewczyna zerwała się na równe nogi i bez słowa wypadła z gabinetu. Po zderzeniu z głównymi wrotami, wyskoczyła na ulicę i przepychając się pomiędzy przechodniami gnała w kierunku dzielnicy kupców, gdzie ów zamtuz się znajdował.
Wprost wleciała w swój kontakt, który z wyrazem wyraźnego niezadowolenia wychodził z karczmy. Poznała go po kwiatku przy czapce, co było umówione w zleceniu. Przeprosiła go po trzykroć i zaproponowała kwintę. Zgodził się, więc już po chwili omawiali szczegóły.
Łatwo nie było. Miała wcielić się w pewną arystokratkę i wkręcić na przyjęcie jednego z tutejszych lordów. Już na tym przyjęciu miała odpowiednio zwrócić na siebie jego uwagę i w dogodnej chwili ukraść mu drogocenny sygnet z wizerunkiem smoka, który nosił na środkowym palcu prawej ręki. Cały problem polegał na tym, że owego pierścienia pilnował jak oka w głowie, a za podszywanie się pod kogoś z klasy wyższej groził stryczek. Czasu też za wiele nie było, bo musiała opanować historię owej kobiety (która właśnie teraz leżała w wynajętym mieszkaniu, zmożona chorobą wywołana przez jakąś tajemnicza substancję), sposób jej zachowywania się, wypowiadania, a miała tylko sześć godzin. Nie czekając dłużej, wyszli z karczmy.
Jeszcze wchodząc na przyjęcie powtarzała sobie w myślach nazwiska członków rodziny i najważniejsze wydarzenia z życia. Uśmiechnęła się do siebie, gdy zastanowiła się czy kiedykolwiek Reno musiał się bawić w takie przebieranki. Było to o tyle wątpliwe, że jego nieporadność mogła obrócić całe przedsięwzięcie w katastrofę na samym początku. Mimo to wizja jego samego w kiecce była dość… realna.
Przez chwilę pałętała się pomiędzy gośćmi, szukając swojego klienta. O dziwo, był trudny do wytropienia. Zbyt wielu nadętych gogusiów tutaj było, by znaleźć wśród nich jednego nadętego gogusia. W końcu minęła godzina, a ona wciąż nie miała pojęcia, który z tych upudrowanych i ufryzowanych pudli to ten, od którego obecności zależy jej dalsza kariera w zawodzie. Była podenerwowana.
Nie mogąc już dłużej wytrzymać, podeszła do jednego ze służących roznoszących przekąski i spróbowała. Natychmiast też wykrzyknęła tak, by usłyszeli ją jedynie najbliżsi sąsiedzi.
- To oburzające! Takie paskudztwo na takim przyjęciu! Chcę natychmiast mówić z gospodarzem!
Służący spłoszył się nieco, przeprosił za wszystko, łącznie za to, że żyje i zaoferował, że zaprowadzi ją do lorda. Podziękowała mu i ruszyła w ślad za nim do jednego z bocznych pomieszczeń.
- T-ta p-pani chciała s-się z t-tobą widzieć, lordzie – zająknął się i niemal natychmiast ulotnił.
Dziewczyna przyjrzała się za ten czas swojemu celowi. Wysoki, w średnim wieku, o dość nieprzyjemnych rysach i rybich oczach. Nic dziwnego, że nie rozpoznała go w tłumie mu podobnych.
- Słucham panią, pani…?- powiedział szorstkim głosem, któremu starał się nadać w miarę delikatną i miękką barwę.
- de R…- zaczęła, jednak natychmiast się zreflektowała. – Madeline de Royer – dokończyła, ciesząc się w duchu, że jej nazwisko zaczyna się podobnie.
Wstał ze swojego krzesła i ucałował jej dłoń.
- Jakąś ma więc pani do mnie sprawę, pani de Royer?
- Chciałam poznać osobiście gospodarza takiego wspaniałego przyjęcia – powiedziała bez namysłu, zauważając jego sygnet.
Powędrował swoimi ustami po jej ramieniu. Zagryzła wargę. Że też ta przeklęta de Royer musiała mieć opinię puszczalskiej. Bardzo puszczalskiej.
Uśmiechnęła się lubieżnie.
- Niech się pan tak nie śpieszy, milordzie – zachichotała, a jej dłoń powędrowała po jego ręce. Ten, jak na złość, złapał ową dłoń, uniemożliwiając jej zdjęcie sygnetu. Zaklęła w myślach, wyjątkowo szpetnie.
- Oczywiście, mamy cały wieczór przed sobą. – Przewróciła oczami słysząc jego słowa i delikatnie nakłoniła go do wyprostowania dłoni. Podczas gdy on w najlepsze szalał z jej ramieniem, o czym starała się nie myśleć, ona zdejmowała pierścień, uważając, by wrażenie jego posiadania wciąż pozostało.
Nagle załkała.
- To się dzieje zbyt szybko! – zakrzyknęła i z udawanym szlochem wybiegła z pomieszczenia, poprzez salę na taras, schodami do krzewnego labiryntu. Sukienka przeszkadzała jej okrutnie, toteż co chwilę potykała się. Nie mogła jej jednak tutaj pozostawić. Wystarczy, że sprowadziliby łowców, a po jej zapachu tamci natychmiast by ją wytropili. Za sobą usłyszała krzyk wzywający straż.
Okrążyła cały dwór, by znaleźć się na podwórzu przed stajnią. Stało tutaj od groma karoc, co było wyjątkowym ułatwieniem. Pozbawiła się w mgnieniu oka sukni, pod którą miała zwyczajne, jak dla siebie, ubranie, co jedynie potęgowało dotychczasową niewygodę i wepchnęła ją do skrzyni jednego z pobliskich powozów. Przemykając się w cieniu, wymknęła się na ulicę i pognała czym prędzej do punktu, w którym czekał na nią odbiorca zlecenia.
Siedział na ławeczce przed gospodą ‘Pod Czarnym Kotem’ pykał fajkę. Podała mu sygnet w zamian odbierając dokument wykonania zlecenia i spłoszona odgłosami zbliżającej się warty, ruszyła dalej przed siebie.
Dobra passa już jej jednak nie sprzyjała, gdyż wpadła bezpośrednio w lordowskiego konia, który warknął:
- To ta złodziejka.
Uśmiechnęła się do siebie na myśl o tym, że wojsko ostatnimi czasy naprawdę wzięło się za siebie w mieście kupców. Jeszcze nie tak dawno można było wynieść stąd wszystkie domy, a żołnierze zorientowaliby się dopiero za kilka dni o całym zdarzeniu.
Dwóch strażników złapało ją w trybie natychmiastowym i założyło na jej ręce kajdany, które miały uniemożliwić korzystanie z magii.
- To chyba jakieś nieporozumienie – powiedziała, siląc się na spokój.
Lord już chciał zeskoczyć z konia, by sprawić jej porządny łomot palcatem, jednak uprzedził go dowódca straży.
- Lord panią rozpoznał, to raz. W chwili, w której pani uciekała z przyjęcia, na sali pojawiła się pani de Royer. Słaba, bo słaba, ale jednak. – wyjaśnił. Dziewczyna zbulwersowała się permanentnie.
- Mówi pan tak, jakbym już była oskarżona. Może jakiś dowód? – syknęła.
Dowódca odkaszlnął, zeskoczył z konia i wskazał na ślady jasnej szminki na jej ramieniu i dał jej dość poufny znak, że oskarżyciel używa właśnie tego odcienia. Zaśmiała się sucho. No to pięknie. Wpadła przez dziwaczne zapędy lorda.
- Odprowadzić ją do lochu. Sędzia zajmie się nią później – rzucił, a w jego spojrzeniu dostrzegła nutkę czegoś dziwacznego. Czyżby współczucie?
Więzienie nie było tak daleko, więc już po paru minutach została wprowadzona do celi. Odnotowała ten fakt w pamięci – nie traktowali jej jak byle kogo. Usiadła na pryczy i uniosła obie ręce, by wyciągnąć z włosów wsuwkę. Gdy to zrobiła, zaczęła gmerać w zamku kajdan.
W korytarzu dało się słyszeć kroki i głosy. A raczej jeden głos.
- Pan nie rozumie? To był żart! Ż-a-r-t! – tłumaczył dziewczęcy głosik. – W dodatku element mojej pracy!
- Nie mnie się będziesz tłumaczyła, panienko. – powiedział jakiś żołnierz, a po chwili do jej celi wprowadzono brązowowłosą istotę, która niemal natychmiast rzuciła się z powrotem w kierunku drzwi, które zatrzaśnięto jej przed nosem.
- A idź w cholerę! – krzyknęła za służbistą i kopnęła drzwi, by natychmiast od nich odskoczyć z cichym ‘ała’. Na tym się nie skończyło, gdyż Selena właśnie pozbyła się kajdan, które ze swoistym odgłosem wylądowały na podłodze. Brązowowłosa poderwała się ponownie.
- A to ty… - uspokoiła się natychmiast i usiadła na podłodze, nie zważając na to, że szata mistrza się mnie. – Ale zaraz! Kochanie, kto cię tutaj wpakował?! Już ja mu pokażę! – zaczęła się odgrażać.
- Do tej chwili się zastanawiałam, jednak sądząc po twoim stroju, to ty sama mnie tak urządziłaś, a i siebie również – odparła. Była o tyle spokojna, o ile przyzwyczajona. Podeszła do przyjaciółki i zdjęła jej kajdany, by znów wsunąć wsuwkę we włosy. – Pomyśl lepiej, jak się stąd wydostać.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziała Lana z rozbrajającą szczerością.
- No to się przygotuj na stryczek – warknęła Selena i podeszła do zakratowanego okna. Gdyby tylko udało się usunąć kraty, byłyby wolne, gdyż owo okno wychodziło wprost na ulicę. Skupiła się, mocno. Wystarczyło, by udało jej się stworzyć sześć maleńkich kuleczek wodoru, które wybuchnęłyby w odpowiednich miejscach. Pręty nie były z mocnego metalu, więc powinny się poddać. W jej ręku pojawiła się potrzebna broń. Umieściła je w odpowiednich miejscach i odsunęła na w miarę bezpieczną odległość, by osłonić brązowowłosą.
Kuleczki istotnie wybuchnęły, znacznie luzując kraty. Miała ochotę podziękować architektowi, który umieścił je tak płytko w kamieniu i zaprawie murarskiej. Ich czas się jednak zmniejszył, gdyż towarzyszący temu łomot na pewno sprowadzi straże. Dziewczyna pozbyła się krat do reszty, wypychając je na zewnątrz i nakazała Lanie wyskoczyć. Tamta zrobiła to, zahaczając butem o swoisty parapet i przewracając się na bruk. Selena wyskoczyła w ślad za nią i obie pobiegły w stronę domu cechowego.
Tak łatwo się tam jednak nie dostały, gdyż na ich drodze stanęła łaźnia. Wszelkie problemy i zmartwienia je opuściły, a one same udały się w celach higienicznych do owego budynku. Dopiero stamtąd, wolnym spacerkiem, skierowały się ku gildii, gdzie Selena odnalazła prawdziwego mistrza.
- Zrobiłaś za dużo zamieszania. Złapali cię i musiałaś uciekać. – Pokręcił z powątpiewaniem głową. – Będziesz się musiała jeszcze wiele nauczyć. – powiedział, wchodząc do swojego gabinetu. Jasnowłosa nie mogła nie zauważyć, że jej przyjaciółka naprawdę dobrze się za niego przebrała. Fizycznie nie byłaby w stanie ich odróżnić.
Odwróciła się na pięcie i z mordem wymalowanym w oczach zbliżyła do panny Barries. Złapała ją za rękę i wyprowadziła z budynku, by już po chwili zginąć w porannym tłumie wędrującym po pobliskich sklepach i kramach.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Rabusiów   Pią Mar 06, 2009 6:12 pm

Przyjemnie się czytało. Moja postać, przeciskając się przez tłumy nakradłaby mnóstwo talarów, ale co kto woli ;d

+ 180pd
+ 150t za robotę.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Rabusiów   Czw Mar 26, 2009 1:08 pm

Pojawiłem sie w mieście kupców. Minąwszy cech wojskowych, cech kurtyzan, łowców i wszystkie inne jakie były, wszedłem ostatecznie do starego budynku, który w niczym nie przypominał pozostałych budynków cechu. Nie mieścił się nawet tam gdzie wszystkie. A powód był przecież prosty. Kto przy zdrowych zmysłach postawiłby cech Rabusiów, przy cechu żółnierzy? No, ale wchodzac do srodka, budynek zmienia się nie do poznania i staje się naprawdę porządną placówką treningową dla niedoświadczonych. Pierwszy rzut oka jest zawsze taki sam. Jest pusto. Ale po chwili już wprawne oczy są w stanie dostrzec młodych adeptów sztuki grzebania w nieswoich kieszeniach, którzy siedzą po kątach, albo skradaja sie w cieniu do manekinów. Ewentualnie dłubiących cos przy zamkach. Minąwszy ich, szedłem dalej, zatrzymując sie przy tablicy ogłoszeń. Szybkie spojrzenie na listy gończe. Nikogo ciekawego. Ech. Odkąd Reno został królem demonów jego zdjęcie już tutaj nie wisiało, bo nie było takiej potrzeby. Idąc dalej, podążyłem na piętro, przechadzając się miedzy półkami pełnych najróżniejszych książek, w których były wszelkiego rodzaju porady, uparcie idąc do białych drzwi. Gdy w końcu do nich dotarłem, zapukałem, po czym wszedłem nie czekając na zaproszenie. Moim oczom ukazał się starszy mężczyzna o posiwiałych włosach, których gdzieniegdzie na głowie mu brakowało. Mimo sędziwego wieku, był jednym z najbardziej poszukiwanych. No i miał szaty mistrza na sobie co o czymś świadczy. Jakby się zastanowić to zawsze nosił te szaty. A przynajmniej za każdym razem, kiedy go widziałem. Uśmiechnął się, widząc mnie i gestem ręki, wskazując na krzesło, nakazał usiąść. Jednak tego nie zrobiłem, oparłem się jedynie o framugę drzwi, które wcześniej zamknąłem.
-Czemu nie usiądziesz? – niski, ochrypły głos mężczyzny, do którego przyszedłem.
Najwidoczniej się rozczarował… Cóz, nie moja wina, że przesadza.
-Bo pamiętam jak skończyło się to ostatnio mistrzu Huff. – odpowiedziałem cichym szeptem.
Nie zapomniał jego numerków. A to z krzesłem, które później za tobą łaziło i zmuszało byś na nim siedział, a jak nie chciałeś to przeraźliwie piszczało. Było tez kilka innych. Ale każde utrudniało życie. I wcale nie było zabawne. Dlatego teraz też upadły wolał stać w bezpiecznej odległości.
-No cóż. Szkoda. Wielka szkoda. No, ale do rzeczy. Dostaliśmy dosyć kuszącą ofertę od opiekuna cechu magów…
Kiedy on zagłębiał się w szczegóły jak dostał ofertę, ja odpłynąłem gdzieś daleko, pogrążając się w rozmyślaniach. Cech magów… jeden z najbogatszych cechów. I do tego cech, który powinien kierować się prawością, dla zachowania równowagi. Wychwytywałem co drugie, co czwarte słowo, ale on był dopiero w połowie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Staruszek był chyba zbyt rozgadany. Jak zawsze zreszta.
-Do rzeczy może, co? Ściemnia się. – ponagliłem mistrza. Może niezbyt uprzejmie, ale co mi tam.
-Tak, tak, masz racje. Chodzi o pewien rodzaj kamienia szlachetnego, który jest cały w runach. Ma go pewien kupiec, będący nie daleko.
Ach. Więc to o to chodzi. Magowie szukają siły, a że sami nie mogą kraść, proszą nas o pomoc. Nieładnie, nieładnie. No cóż. Ściemniło się już zupełnie. Nie mając nic lepszego do roboty, zgodziłem się, po czym otrzymując dokładniejsze wskazówki na temat miejsca, gdzie znajduje się owy kamień, wyruszyłem!

Dotarłem w końcu pod dom kupca. Straż stoi. I to dość liczna. I najprawdopodobniej dobrze wyszkolona. Okna pozamykane. W dość dziwnym, bo okrągłym i bardzo dużym kominie dymu nie ma. Przez drzwi nie przejdę. Rozmyślając tak jeszcze przez dłuższą chwilę nad możliwościami wejścia, po chwili uderzyłem się czoło, po czym wzbiłem się w powietrze, po chwili już lądując niezauważenie na dachu. Przynajmniej tak mi zdawało. I miałem nadzieje, że nie jest inaczej. Zajrzałem do komina. Był czysty, co oznaczało, że albo został wyczyszczony, albo jest mało, jeśli wogóle używany. Przywerając rękami i nogami do ścian, zsuwałem się powoli. W końcu poczułem, że jestem na samym dole komina, w palenisku. Jednak nie było nigdzie otworu. Dotykając delikatnie ścian poczułem drzwiczki, które pchnąwszy delikatnie, otworzyły się na tyle, bym mógł się prześlizgnąć. Niestety w ostatnim momencie zaskrzypiały cicho. Nastąpiła chwila gorączkowego nasłuchiwania i oczekiwania. Jednak żadnych odgłosów w domu. Westchnąłem z ulgą, po czym rozejrzałem się po pomieszczeniu. Była to pracownia w piwnicy. A przynajmniej kiedyś była miejscem pracy. Teraz było to już zwykłe pomieszczenie gospodarcze, jakim jest zwykła piwnica. Jednak była dobrze zadbana. Gdy już znalazłem schody, ruszyłem powoli na górę, trzymając się ściany, by drewniane drzwi nie zaskrzypiały. Na całe szczęście, drzwi tutaj nie było, więc mogłem bezproblemowo i po cichu wkroczyć na korytarz. W pierwszej chwili myślałem, że jestem w niebie. Ileż tu tego złota było i kamieni! A to dopiero korytarz. No, ale najpierw ten popisany kamień. Według posiadanych informacji mieścił się on najpierw sypialni na piętrze. Dlatego też się tam udałem. Tym razem po pięknie zdobionych, drewnianych schodach. Mimo iż te schody nie powinny skrzypieć, wolałem nie ryzykować i pójść i tym razem przy ścianie. Będąc już na górze, moim oczom ukazała się niesamowita prostota. Widać, że nikt poza rodziną i ewentualnie służbą tutaj nie wchodził. Po przeszukaniu kilkunastu pokoi, z których tylko dwie były sypialniami, jednak bez potrzebnej mi zawartości. Został ten ostatni pokój, za hebanowymi odrzwiami. Ten, w którym musiał znajdować się kamień. I prawdopodobnie właściciel. Złapałem klamkę delikatnie, obiema dłońmi i pociągnąłem delikatnie w dół uchylając drzwi. Był kupiec. Był i kamień. Wkradłem się do pokoju, zostawiając otwarte drzwi. Chwila zabawy przy zamku szklanej pozytywki i już była otwarta. Jednak otworzenie jej groziło obudzeniem właściciela. Opieczętowana magią, grająca pozytywka. Postanowiłem, dlatego zabrać pozytywkę ze sobą. Szybko i w zorganizowanym pośpiechu opuściłem pokój, schodząc po schodach, przy ścianie. Zabrałem również jakąś ciężką i bogato zdobioną skrzyneczkę z talarami. Po chwili już byłem w piwnicy. Jednak wyjście z takim bagażem będzie trudniejsze niż wejście. Dlatego wróciłem na parter. Podszedłem do frontowych drzwi i je najzwyczajniej w świecie odkluczyłem, po czym chwyciłem ponownie szkatułkę i otworzyłem je sobie za pomocą nogi, albowiem ręce miałem zajęte. Chyba jednak przesadziłem, bo drzwi wypadły z zawiasów. Wypadłem z domu kupca niczym błyskawica i wzbiłem się w powietrze, wykorzystując amulet do stworzenia wiatru, który podniósł pył i kurz i zasłonił mnie przed wzrokiem straży. Chwilę później już świtało a ja byłem bezpieczny w domu cechu rabusiów. Oczywiście tylko z kamieniem. Pozytywkę i skrzyneczkę z talarami ukryłem bezpiecznie chwilę przed wejściem do cechu. Rzuciłem na biurko kamień, a sam padłem zmęczony na siedzenie. Tym razem urzędował mistrz Crannach, więc nie miałem się zbytnio, czego obawiać.
-Dobra robota. – mruknął jedynie tym swoim piskliwym głosem, po czym wyszedł bez słowa, a ja zasnąłem na fotelu. Gdy się obudziłem, leżała mi na kolanach niewielka sakiewka z talarami.
-Za wykonaną robotę. – Dało się słyszeć głos Crannach`a.
Uśmiechnąłem się jedynie w odpowiedzi i ukłoniwszy się lekko, zabrałem talary i opuściłem cech. Skrzyneczka i pozytywka jeszcze były na miejscu. Poszedłem na rynek je sprzedać. Gdy już dokonałem transakcji, podliczyłem talary ze skrzyneczki, za misję, oraz za sprzedaż owych przedmiotów. Nie było tego w sumie tyle ile bym się spodziewał, no, ale nie można narzekać. Opuszczając miasto kupców, czułem jakby kamień spadł mi z serca. Pewnie, dlatego, że pojmali osobę, która kupiła ową pozytywkę. I próbowała ją sprzedać z zyskiem. Uśmiechnąłem się nikle i już szybowałem w powietrzu z większą sakiewką i uśmiechem na twarzy w stronę królestwa. W stronę królestwa aniołów. Co prawda upadłych, ale aniołów.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Rabusiów   Czw Mar 26, 2009 6:57 pm

Fajnie się czytało :D

+ 150pd
+ hym, hym. 100t za wykonanie zadania i 250t za sprzedanie łupów.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Rabusiów   Pon Mar 30, 2009 3:08 pm

Ill powróciła do Domu Cechowego w ciągu kilku dni. Jakiś małolat przerwał jej złożoną akcję rabunkową w gospodzie ‘Pod Czarnym Kotem’, kiedy to w niewyobrażalnie niewygodnej pozie wisiała na krześle, by sięgnąć do sakiewki siedzącego nieopodal handlarza brylantami. Zaklęła wtedy siarczyście, ale wysłuchała wiadomości o tym, że ma szansę odkupić swoje winy, wykonując nową pracę.
Pulchniutka recepcjonistka po ociekającym słodyczą ‘dzień dobry’ wskazała jej kierunek, w którym znajdował się, tak dobrze znany jasnowłosej gabinet. Weszła ostrożnie, obawiając się najgorszego i rozejrzała wokół.
Mistrz stał oparty czterema literami o biurko i przyglądał jej się ze złowieszczym błyskiem w oku. Ten błysk obudził w niej podejrzenia, więc doskoczyła do niego czym prędzej i pociągnęła go za wystające spod siwej czupryny ucho.
- Jeszcze ci mało po ostatnim?! Do reszty zwariowałaś? – warknęła. – Przebieraj mi się natychmiast, bo inaczej wiesz co będzie!
Staruszek spojrzał na nią surowo.
- Myślę, że zaszło drobne nieporozumienie – powiedział.
- Ty już nie udawaj głupszej niż jesteś. Natychmiast skończ tę maskaradę! – wycedziła przez zęby.
Mężczyzna odchrząknął znacząco, a dziewczyna znieruchomiała.
- Pan jest prawdziwym mistrzem? – spytała, nie będąc pewną czy chce znać odpowiedź na to pytanie. Pokiwał powoli głową, a ona mechanicznie zrobiła krok w tył, zapominając, że wciąż trzyma jego ucho. Jęknął.
- O, najmocniej przepraszam! – rzuciła, puszczając ucho i stając na baczność z miną świadczącą o jej niewinności.
Pokręcił głową z powątpiewaniem.
- Mam dla ciebie pewne zadanie – podał jej pergamin, który błyskawicznie rozwinęła i zaczęła czytać.
- Pan raczy żartować – powiedziała po chwili. – Za to grozi szafot!
Puścił jej oko.
- Raz ci się już udało, prawda?
Westchnęła ze zrezygnowaniem i położyła pergamin na biurku. Nie żegnając się nawet, wyszła kolejno z biura i budynku, by udać się z powrotem ‘Pod Czarnego Kota’.
Szła przez tłum, nie bardzo zwracając uwagę na to, co się wokół niej dzieje. W końcu, wyłapała dość specyficzny obrazek.
Reno, jeden z najbardziej oryginalnych złodziei, skakał pomiędzy przechodniami w krótkich, kolorowych spodenkach, skarpetach koloru różowego i sandałach, a także w na w pół rozpiętej koszuli, której kolory odstraszyłyby nawet ślepego. Jakby tego było mało, na głowie miał czapeczkę z ‘wiatraczkiem’. Doskakiwał do przechodniów i korzystając z tego, że ich uwaga głównie skupiała się na jego stroju, okradał ich z czego tylko się dało. Nawet z ubrań.
Zaśmiała się pod nosem i weszła do zamtuzu. Usiadła obok mężczyzny, który miał przy ubraniu błękitnego kwiatka i spytała o wskazówki. Bez zbędnych wstępów nakazał jej przebranie się w przygotowany przez niego strój i zapoznanie się z profilem postaci, w którą miała się wcielić.
Nie przedłużała. Już po chwili jej nie było obok kontraktowca i ubrana w mundur kapitański wędrowała w stronę jednostki wojskowej, zapoznając się dogłębnie z informacjami o dziewczynie, której życie na chwilę przejęła. W końcu potargała ów dokument i wyrzuciła do jakiegoś obornika zalegającego obok jednego ze sklepów.
Poprawiła czapeczkę i weszła do jednostki. Młody szeregowy, który wykonywał właśnie robotę papierkową przy recepcji, nawet nie podniósł wzroku, gdy spytała go o drogę do generała.
- Wiesz z kim rozmawiasz? – warknęła.
Chłopak uniósł wzrok, który spoczął na pagonach z symbolem kapitańskim. Zerwał się na równe nogi i zasalutował.
- Czym mogę służyć, pani kapitan? – zakrzyknął, starając się powstrzymać jąkanie.
Pewnie pierwszy dzień w pracy, pomyślała.
- Gdzie mogę znaleźć generała Borovitza? – spytała, wiercąc mu w głowie dziurę swoim spojrzeniem.
- Drugie piętro, trzecie drzwi na prawo. Przejdzie pani, pani kapitan, przez ganek, a potem znajdzie się w gabinecie generała. – wyjaśnił szczegółowo.
Dziewczyna nie racząc go żadnym pożegnaniem, ruszyła twardym krokiem w kierunku schodów, po których wspięła się z wdziękiem łącząc wojskowy krok z dziewczęcą gracją. Na drugim piętrze błyskawicznie znalazła odpowiednie drzwi, które jednak wcale nie były tak łatwe do osiągnięcia, jak przedstawił to szeregowy. Przeszła więc przez ganek i zapukała do drzwi gabinetu, a gdy odpowiedziało jej ostre ‘proszę’, weszła do środka.
Generał, jak się domyślała, był dość niskiego wzrostu, za to wszerz bił wszelkie możliwe rekordy. Ill z trudem odgoniła od siebie myśl, która pokazywała jej, jak ów człowieczek, przewrócony na swój… swoje cztery litery, nie mogąc się podnieść, kołysał się na okrąglutkim zadku. O tak, cały generał był okrągły, jak baloniki rozdawane na festynach kupieckich.
- Pani to?
Wyprężyła się w salucie.
- Kapitan Besse z służb wywiadowczych Gerberu – odpowiedziała, naśladując wojskową melodię, choć sprytnie przemycając doń swoistą miękkość.
Kapitan usiadł w wygodniej w fotelu o rozmiarach średniej sofy. Spojrzał na nią maślanym wzrokiem i westchnął.
- Ach, pamiętam, jak ja byłem kapitanem – zaczął. Dziewczyna wzięła głęboki oddech i za jego przyzwoleniem usiadła, dostrzegając, że szykuje się długi wykład.
I rzeczywiście, generał skończył swoje wywody dopiero, gdy zauważył, iż słońce zniknęło za horyzontem. Przez cały ten czas, demonka starała się nie zasnąć, w czym pomagało jej to, że z sufitu kapała na nią zimna woda, która zaraz wyparowywała z jej głowy, by nie zepsuć fryzury. Niemal co chwilę wydawała z siebie okrzyki zachwytu, wysłuchując opowieści o brawurowych akcjach, w których owa piłeczka brała rzekomo udział czy też o niebezpiecznych misjach, które wymagały wyjątkowej sprawności fizycznej. To ostatnie wywoływało u niej ironiczny uśmieszek, jednak generał skupiony na bajaniu go nie dostrzegł. Jasnowłosa za to z uprzejmym zainteresowaniem przyglądała się pokazywanym jej trofeom. Zwinęła nawet całkiem ciekawy wisior, który z wdzięczności miały dać Berkovitzowi krasnoludy uratowane przed krwiożerczym smokiem. Szkoda tylko, że ów człowieczek nie wiedział, że przy takich nagrodach krasnoludy zawsze umieszczają odpowiednią inskrypcję, a to cudeńko najwyraźniej zostało od krasnoludów po prostu kupione. Ale, ale! Czego się nie robi dla diamentów i szafirów!
- A teraz, kochanieńka – powiedział konspiracyjnie. Ill nawet nie zauważyła, kiedy zaczął się do niej tak zwracać. – pokażę ci coś wyjątkowego. Ale pamiętaj, nikomu ani słowa! Wygrzebał skądś żeliwną szkatułę, nad wyraz prostą w wykonaniu i otworzył ją. Demonkę nieco zdusiło. Oto przed nią znajdował się przedmiot jej zlecenia! Pierścień z kamieniem pokoju, który mógł zakończyć długoletnią wojnę jej przyjaciół, krasnoludów z drowami. Przełknęła ślinę.
- Mogę go dotknąć? – spytała, siląc się na to, by w jej głosie było dostatecznie dużo miodu.
- Wprawdzie nie powinienem, ale proszę. – podał jej cacuszko. – Tylko uważaj, bo dał mi to na przechowanie sam Czarnoksiężnik z Północy! – Nadał swojemu głosowi odpowiednio przerażający ton. Dziewczyna wzdrygnęła się teatralnie i wzięła pierścień.
Czemu czarnoksiężnikowi mogło zależeć na wojnie tych dwóch plemion? Czyżby dla samej żądzy istnienia spowodował ów konflikt? Czy może któraś z tych ras posiadała coś, na czym mu zależało, a do przejęcia tego potrzebował ich odwróconej uwagi?
Obróciła pierścień w palcach, przyglądając się grze świateł na powierzchni aleksandrytu oraz błyskowi błądzącemu po obrączce stworzonej z metalu przybyłego na ziemię z nieba.
Nie od dziś wiadomo było, iż ów pierścień, złożony w darze drowom przez krasnoludy na znak zakończenia wielowiekowych wojen, utrzymywał pokój pomiędzy tymi dwoma ludami od całych stuleci. Niedawno jednak został skradziony, o co zostały posądzone krasnoludy. W ten sposób, zgodnie z opowieściami, gdy pierścień pokoju opuścił tamtejsze tereny, wojna na nowo łamała tamtejsze istnienia.
Dziewczyna skupiła się w sobie. Generał patrzył dokładnie na nią i pierścień, nie mogła więc go od tak ukraść. Założyła go na palec, wzorem każdej panienki i przyglądała mu się z zachwytem. Zbliżyła swoją twarz do okrągłego oblicza Berkovitza i zamrugała.
- Na przechowanie? Coś tak pięknego? Czarnoksiężnik z Północy? – jej głos wprost ociekał naiwnością. – Musi pan być bardzo ważny, panie generale.
Mężczyzna aż promieniał z dumy. Ona tymczasem ściągnęła z ręki pierścień i oddała go generałowi.
- Nie powinnam trzymać go chyba tak długo, jest zbyt cenny – powiedziała.
- O tak, jest cenny – zarechotał.
Człowieczek włożył pierścień z powrotem do szkatułki, którą ukrył, starając się, by nie widziała gdzie. Powrócił na swoje miejsce, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
Wyraźnie niezadowolony, że przerwano mu tak miłe spotkanie burknął jedynie, że można wejść. Do pomieszczenia wszedł jakiś szeregowy, który po wykonaniu prostego salutu powiedział:
- Panie generale Berkovitz, marszałek von Stuttenbach pana wzywa – ogłosił i po odpowiednim przyzwoleniu, wyszedł.
Generał powstał, poprawił opadające z jego brzucha spodnie i wskazał dziewczynie drogę do drzwi.
- Musisz mi wybaczyć kochanieńka, ale sama rozumiesz – powiedział z wyraźnym żalem w głosie.
Ill kiwnęła głową.
- Rozumiem panie generale, nawet sam marszałek nie może się obyć bez pana pomocy – odpowiedziała i zasalutowała na pożegnanie. Ruszyła w kierunku drzwi, a gdy już je zamykała za sobą, usłyszała klaśnięcie w dłonie. Uśmiechnęła się do siebie. Pewnie nie co dzień ktoś traktuje go niemal jak króla.
Zbiegła lekkim krokiem po schodach, powiedziała głośno, że na dziś już koniec i w końcu może odpocząć po długiej podróży i wyszła w mrok ulicy.
Powoli minął ją wóz wiozący do karczmy wino. Po prostu sięgnęła i zwinęła z niego butelkę, po czym ruszyła dalej, do miejskiego parku, uprzednio wracając do swojego stroju, dzięki prostej magicznej sztuczce związanej z pstryknięciem palcami. Tam usiadła i w świetle księżyca przyglądała się pierścieniowi. Takie maleństwo, a tak wiele od niego zależało. Gdy już skończyło jej się wino, schowała go z powrotem do kieszeni i wsiąknęła w kałużę, która była pozostałością po ostatnich deszczach. Pojawiła się bezpośrednio w budynku Cechu i ruszyła do gabinetu swojego mentora.
- O, jednak ci się udało – powiedział z uśmiechem. – Masz pierścień? – spytał.
Okazała mu ów przedmiot.
- Będziesz musiała go dostarczyć drowom z tym listem. – Podał jej zalakowaną kopertę. – W miarę szybko, by powstrzymać rozlew krwi.
- Czy ja wyglądam na kuriera? – spytała ponuro. Drowowie za nią nie przepadali. Głównie z tej przyczyny, że ich okradała, na co nie mogli nie zwrócić uwagi, jak to czynili krasnoludowie.
- Nie, ale znasz tamtejsze rejony, wiec to będzie idealne zadanie dla ciebie – wyjaśnił.
Dziewczyna westchnęła ze zrezygnowaniem i schowała obie te rzeczy do swoich bezdennych kieszeni. Skłoniła się mistrzowi i wyszła z gabinetu, uprzednio odbierając zaświadczenie o wynagrodzeniu, które miała okazać w recepcji.
Tak też zrobiła.
Na schodach czekała już na nią Lana, podekscytowana faktem, iż udało jej się złapać nieco nierozgarniętego strażnika, który odgrażał jej się skargą u władcy wolnego miasta.
- Jak to zrobiłaś? – spytała.
- Co zrobiłam?
- Noo, wykonałaś zadanie. Chcieli je dać mi, ale po krótkim teście doszli do wniosku, że ty się chyba lepiej do tego nadajesz – powiedziała z wyrzutem brązowowłosa.
Ill uśmiechnęła się.
- Iluzja. Założyłam pierścień, a ściągnęłam jakiś drucikowy krążek, który dzięki prostej iluzji wyglądał wypisz wymaluj, jak przedmiot zlecenia.
Lana aż podskoczyła.
- Ten krążek, którego kradzież kosztowała mnie trzy dni podchodów?! – oburzyła się.
- Taa, ten krążek, który zwinęłaś jakiemuś szczeniakowi z Vaethis.
Brązowowłosa zrobiła krok do przodu, chcąc zamordować przyjaciółkę, jednak zaplątała się we własne nogi i byłaby bliska upadkowi, gdyby nie to, że demonka w porę ją złapała i przytuliła.
- Nie marudź już, tylko chodź. Dam ci taki sam, zobaczysz – obiecała, prowadząc ją w kierunku ich ukochanej gospody ‘Pod Czarnym Kotem’.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Rabusiów   Pon Mar 30, 2009 4:07 pm

Idealnie. ;d

+ 180pd
+ 200t
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Rabusiów   Pią Kwi 17, 2009 3:39 pm

Ill od dłuższego czasu nie pojawiła się w Domu Cechu, więc Dom Cechu pojawił się w jej życiu w najmniej odpowiednim ku temu momencie, bo podczas włamania do domu jednego z przebywających w mieście kupców.
Jasnowłosa zbliżyła się do sejfu. Jego zamek był dość staroświecki, ponieważ wciąż zamykany był na klucz, a nie na szyfr, jak te nowoczesne. Włożyła rękę do kieszeni, dobywając wytrycha. Był to jej ulubiony gadżet, więc zostawiała go właśnie na takie okazje. Wsadziła go w zamek, pomagając sobie cienkim drucikiem i powoli przekręciła. Cichy trzask, który podrażnił jej uszy świadczył o tym, że jej się to udało. Wyciągnęła wytrych i otworzyła drzwiczki, ostrożnie zaglądając do środka. Nie od dziś wiedziała, że właściciele drogocennych rzeczy lubią zastawiać na rabusiów magiczne pułapki, które wcześniej kupują u magów.
Z ulgą westchnęła, gdy nie zauważyła nic podejrzanego i zabrała się do przeglądania zawartości sejfu. Ot, jakieś papiery, rachunki, kilka błyskotek, które wylądowały w jej kieszeni, jakaś sakiewka, która poszła śladem biżuterii. Ale było też tam coś jeszcze, mianowicie małe pudełeczko, które prostotą wykonania zwróciło jej uwagę. Właśnie w takich opakowaniach przechowywano najcenniejsze rzeczy.
Sięgnęła, przy okazji nasłuchując czy aby nikt z domowników lub służby nie spacerował po korytarzach. Gdyby tak było, dziewczyna skoczyłaby w kierunku wyjścia na taras, osunęła się po drzewie na mur, a po zejściu z niego dała nogę w jedną z pobliskich uliczek. Odwrotną drogą dostała się do owego gabinetu, w którym właśnie teraz dokonywała kradzieży.
Dotknęła zamknięcia owego pudełeczka, a ono otworzyło się, ukazując małą pozytywkę, w której kręciła się wokół własnej osi tancerka ubrana w długą, ciemną sukienkę upstrzoną małymi klejnocikami. Również we włosach owej dziewczyny znajdowały się kamienie szlachetne. Podest, do którego była przymocowana, wystylizowany był na polanę, na której zamiast kwiatków „rosły” malutkie rubiny, szafiry i tym podobne. Równocześnie z otworzeniem owej pozytywki do uszu dziewczyny dotarła cicha melodia przez nią wydawana.
Illya przyglądała się temu urzeczona, kompletnie tracąc kontakt z rzeczywistością. Od razu poznała co to takiego – jedna z drogich wytworów najlepszych elfich jubilerów. Nie zdziwiłaby się, gdyby to był sam Euphranor. Sama posiadała naszyjnik wykonany przez tego artystę w swoim fachu.
Już miała zabrać owo dzieło, gdy ktoś postukał ją w ramię laską. Odwróciła się gwałtownie, sięgając po sztylet sai, jednak w porę poznała w intruzie jednego ze złodziei z Gildii.
- Illyasviel? – spytał, a ona przytaknęła. – Mamy dla panienki zadanie.
- Nie widzisz, że pracuję? – warknęła i odwróciła się z powrotem do sejfu.
Mężczyzna machnął lekko laską, a drzwiczki owego zatrzasnęły się. Dziewczyna przekręciła wytrych, lecz ten złamał się. Zaklęła pod nosem siarczyście i spojrzała na towarzysza z mordem w oczach.
- Musi panienka zdobyć i zniszczyć pewien dokument, który właśnie teraz wyjeżdża z miasta. Od tego dokumentu może zależeć to czy Kerhornowi zostanie wypowiedzona wojna, więc radziłbym się panience tym zainteresować – powiedział chłodno.
- A coś więcej na ten temat? – w nikłym świetle bijącym od pobliskiej ulicznej latarni dało się zobaczyć błysk zainteresowania, jaki pojawił się w jej spojrzeniu.
- W „Gospodzie pod Zatrutym Jabłkiem” odbyło się dziś spotkanie dwóch szlachciców. Jeden z nich pochodził właśnie z Kerhornu. Doszło pomiędzy nimi do wymiany pewnego dokumentu sporządzonego na podstawie raportu pewnego szpiega. Jeśli dostanie się on do adresata, to nic nie uchroni kraju Lawlieta przed wojną. – powiedział, rozkoszując się jej nietęgą miną. – Obecnie ów dokument znajduje się w rękach niejakiego Fabrizzio de Corega, który właśnie teraz powinien wsiadać do krytego powozu zaprzężonego w dwa izabelowate konie. Następnie uda się on do Wschodniej Bramy, która znajduje się dość blisko miejsca, w którym właśnie teraz się znajdujemy, przez którą przejedzie i wyruszy w długą podróż. Musisz mu wykraść ten dokument zanim wjedzie do Martwego Lasu.
- A czemu tak? – spytała podejrzliwie.
- Ponieważ w tamtym lesie czeka na niego pięcioosobowa drużyna, która ma mu służyć za eskortę.
Jasnowłosa westchnęła ciężko. No cóż, zdrowiem Kerhornu nie ma zamiaru szafować. Wyminęła złodzieja, klepiąc go po ramieniu.
- Zajmę się tym – powiedziała, a jej dłoń zawędrowała w dół jego ręki. Rozległ się cichy trzask, a dziewczyna wsadziła mu do kieszeni jakiś dokument, dopiero co wyjęty z sejfu. Spojrzał w dół. Był przykuty do barierki oddzielającej gabinet od biblioteki, a Illyasviel trzymała w ręku jego zestaw wytrychów.
- To za ten mój złamany – powiedziała radośnie i skoczyła w kierunku tarasu. Usłyszała jeszcze solidne przekleństwo, które wydobył z siebie przedstawiciel Gildii i zeskoczyła z muru na brukowaną uliczkę, którą pobiegła w kierunku Wschodniej Bramy.
Gdy dotarła do swojego celu przeznaczenia, ujrzała zbliżający się powóz. Nie miała szans na dostanie się do środka bez wzbudzania niezdrowej sensacji. Musiała znaleźć jakieś inne wyjście. Pozwoliła mu przejechać przez bramę i ruszyć w mrok, a sama przywołała swojego Mefisto. Dosiadła go i niezwykle cicho ruszyła w ślad za de Coregą.
Jechała i jechała, aż w końcu zbliżyli się do Martwego Lasu. Wtedy popędziła konia, by dogonić powóz i go wyprzedzić. Nie namyślając się długo wybrała drogę pomiędzy drzewami. Spięła jeszcze raz Mefisto, a ten skoczył w kierunku krzaków, które przesadził i ruszył płynnym galopem w wyznaczonym przez nią kierunku. Gdy upewniła się, że jest w odpowiedniej odległości od powozu, zwolniła Mefisto i zastanowiła się krótko nad kolejnym ruchem.
Nie zastanawiając się za długo, potargała ubranie na sobie i wytarzała w ściółce leśnej, wcześniej nawilżonej z pomocą amuletu wody. Wyglądała jak czupiradło, co spotęgowały ślady krwi, które dorobiła za pomocą iluzji. Następnie przyczaiła się w krzakach, by czekać na odpowiedni moment.
Gdy powóz był tuż tuż, a wiszące na nim latarenki oświetlały drogę, wyczołgała się na trakt jęcząc i błagając o pomoc. Konie zatrzymały się i usłyszała krótką rozmowę pomiędzy woźnicą i pasażerem.
- Na co czekasz? Idź sprawdzić co się dzieje! Tylko uważaj, to może być podstęp. – Szorstki, nieco gburowaty głos z pewnością należał do de Coregi.
Woźnica zeskoczył z kozła i zbliżył się do dziewczyny, odprowadzany surowym spojrzeniem swojego pana, który wyglądał przez okienko. Ciemne, kręcone włosy opadały mu na czoło. Oliwkowa karnacja i brązowe włosy nadawały mu wyglądu typowego południowca.
- Przepraszam, czy coś się stało? – spytał ostrożnie woźnica. Dziewczyna uniosła głowę, a mężczyzna krzyknął w przerażeniu. – Boże! Tu chyba trzeba lekarza! – zakrzyknął.
Illya złapała go silnie za poły podróżnego płaszcza i pociągnęła w swoim kierunku.
- Panie, proszę, niech mi pan pomoże. Mój ojciec, hrabia Cluny z pewnością sowicie pana wynagrodzi! – zakrzyknęła.
- Hrabia Cluny? – zainteresował się de Corega z błyskiem chciwości w oku. Jasnowłosa stłumiła uśmieszek tryumfu. – Alejandro! Przyprowadź tutaj panienkę! Użycz jej płaszcza!
Woźnica okrył ją swoim płaszczem i pomógł jej wejść do powozu, gdzie przekazał ją pod troskliwe ramię południowca.
- Jak ci na imię, hrabianko? – spytał przymilnie.
- Dalia – odparła. – Przepraszam, nie ma pan przypadkiem czegoś do jedzenia?
Podał jej jabłko, na które rzuciła się tak, jakby nie jadła przynajmniej miesiąc.
- A co się stało, że znalazłaś się w takim niegościnnym miejscu? – kontynuował.
- Jechałam z moją piastunką w odwiedziny do wujostwa, gdy napadli na nas źli panowie. Zabrali wszystko, co tylko miałyśmy, zabili moją ciotkę uprzednio robiąc z nią… złe rzeczy. – Głos łamał jej się autentycznie. Włożyła w to wiele uczucia. Dyskretnie obserwowała wnętrze powozu, by odkryć w którym miejscu jest dokument. Wypatrzyła ukrytą pod siedzeniem naprzeciwko szufladkę. Teraz trzeba było odwrócić uwagę de Coregi.
- Ja… ja uciekłam do lasu, ale mnie gonili. Jeden nawet złapał… - Tu z jej oczu popłynęły strugi łez. – Ale ja… Ja go uderzyłam kamieniem w głowę i uciekłam dalej. Błąkałam się po lesie, aż w końcu natrafiłam na pański powóz.
Szlachcic spojrzał na nią ze współczuciem i otoczył ramieniem, szepcąc słowa pocieszenia. Illya tymczasem opracowywała dalszy plan, co jakiś czas wyrzucając z siebie szloch. Półgłosem dopowiadała, że ojciec na pewno wynagrodzi go za pomoc jej i wyrażała chęć kąpieli. Jej wybawca obiecywał jej za to, że wszystko będzie dobrze, ale teraz będzie dla niej lepiej, jeśli zaśnie. Potulnie przymknęła oczy i już po chwili oddychała płytko, wygodnie ułożona na jego ramieniu.
Nie minęło dużo czasu, gdy na drodze pojawiło się kilku uzbrojonych po zęby typów, którzy nie wyglądali na nastawionych zbyt pokojowo. Woźnica zwolnił nieco, a jeden ze zbójców ruszył w kierunku powozu.
- Zsiadał z kozła, ino już! I wszyscy z powozu! Raz! – burknął.
Woźnica, nieprzyzwyczajony do napadów, zapukał do drzwiczek karety.
- Panie, jacyś barbarzyńcy zajechali nam drogę i proszą o natychmiastowe wyjście wszystkich pasażerów – powiedział.
De Corega rzucił krótkie spojrzenie na śpiącą Dalię i wysiadł z powozu, by rozpocząć pertraktacje. Nie mógł pozwolić, by ta mała żyła złota została mu odebrana, o nie! Ruszył w kierunku zbójców.
- Panowie! Jestem tylko biednym podróżnikiem, który chce przejechać przez las. Nie mam nic, co mogłoby was zainteresować.
Zbójcy poruszyli się, jednak żaden nic nie powiedział. Nabrali za to trochę bardziej nieprzyjemnego wyglądu.
Tymczasem Illya przestała udawać, że śpi, tylko wydobywała z szufladki cenne dokumenty. Jednocześnie musiała pilnować, by jej iluzja nie napotkała kontaktu „fizycznego” z de Coregą czy też jego woźnicą. Nie była tak silna, by zachować ją w takim wypadku.
- Więc nie masz żadnego złota? To zabierzemy powóz i konia! – zakrzyknął rabuś, a jego towarzysze wydali pomruk zadowolenia.
- Drodzy panowie, na cóż wam moje liche koniki, podczas gdy macie takie wspaniałe wierzchowce? – spytał, nadając swemu głosowi barwę potulności.
- Do zjedzenia! – odkrzyknęli mu zbójcy.
Illya tymczasem wydostała papiery i ukryła je w jednej z nielicznych części garderoby, która pozostała cała. Nie ma co, pora się zmywać, pomyślała.
Zbójcy tymczasem słuchali propozycji południowca, który obiecywał im pewne cenne informacje w zamian za możliwość przejazdu. Zbójcy przystali na jego słowa i wycofali się, a zadowolony de Corega wsiadł z powrotem do powozu. Zdziwił się, gdy nie zobaczył córki hrabiego Cluny i nakazał Alejandro, by ten rozejrzał się w okolicy.
Sam, wiedziony przeczuciem zerknął do szuflady skrytej pod siedzeniem, jednak dokumentów w niej nie było. Zaklął. Czyżby tamci byli tylko podstawieni? Tak samo jak dziewczyna? A może to któryś z nich porwał dokumenty i Dalię? Jedno było pewne, schrzanił misję, która została mu powierzona, a jego władca z pewnością nie będzie z tego powodu zadowolony.
Tymczasem Illya, która zwiała z miejsca zbrodni przez bukłak z wodą, pojawiła się nad kałużą koło Gildii Rabusiów. Ukryła dokument i udała się do pokoju Mistrza.
- Zadanie zostało wykonane, a papiery zniszczone – powiedziała na wejściu. Była zmęczona. Iluzja ją nieco wyczerpała.
Mistrz skinął głową i wręczył jej kwit, który miała wymienić w recepcji na wynagrodzenie. Już miała wyjść, gdy ten odchrząknął znacząco. Spojrzała na niego.
- Następnym razem nie wpędzaj naszych przedstawicieli w konflikty z prawem, dobrze? – puścił jej oko. Przytaknęła i ruszyła do recepcji, gdzie odebrała zapłatę. Nie zwlekając dłużej, zniknęła w jednej z kałuż, by pojawić się w pokoiku, który wynajmowała jej ukochana Lana. Doprowadziła się tam do porządku i rzuciła na łóżko. Sięgnęła ręką po zdobyte papiery i przeczytała je w świetle wschodzącego słońca.
Wynikało z nich niezbicie, że na skutek jakichś ciemnych działań Kerhorn przejął wszystkie cukiernie w owym południowym królestwie, które chciało mu wypowiedzieć wojnę. W dodatku przez owe działania, które były niewątpliwie pomysłem Lawlieta, owo królestwo zostało zadłużone na ogromną kwotę pieniędzy. Gdyby wyszło na jaw, że źródło kłopotów południowców leżało w Kerhornie doszłoby do wojny.
Westchnęła ciężko. Aż dziw, że cała afera dotyczyła słodyczy. Rzuciła papiery do kominka, gdzie spłonęły błyskawicznie, zajmując się ogniem od dopalających się drewienek. Sama jasnowłosa zasnęła snem kamiennym, oddając się w pełni Morfeuszowi. Niestety, nie trwało to długo, gdyż już po chwili do pokoju wpadła jego tymczasowa właścicielka – brązowowłosa Lana, która skoczyła radośnie na przyjaciółkę, chcąc pokazać jej jak piękny jest świat o poranku.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dom Cechu Rabusiów   Pią Kwi 17, 2009 5:15 pm

Ja chyba nie mogę sprawdzać prac oszustów. Każda wydaje mi się genialna, idealna, boska itd ;d

Genialnie, ha <3

+ 180pd
+ 200t
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dom Cechu Rabusiów   

Powrót do góry Go down
 
Dom Cechu Rabusiów
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Kraina Kayami :: Tereny pomiędzy królestwami :: Miasto kupców-
Skocz do: