Kraina Kayami

Przyłącz się do naszego fantastycznego świata...
 
IndeksFAQSzukajRejestracjaGrupyUżytkownicyZaloguj

Share | 
 

 Vittorio de Nostradame

Go down 
AutorWiadomość
Vittorio
Szaman
Szaman
avatar

Liczba postów : 3
Registration date : 07/09/2010
Zwierzęta : 100

PisanieTemat: Vittorio de Nostradame   Wto Wrz 07, 2010 12:22 am

Imię Vittorio
Nazwisko de Nostradame
Wiek wygląda na ok 24
Rasa Anioł
Proponowana ranga Szaman
Królestwo Królestwo Przedwiecznych
Znaki szczególne * Nieskazitelne tęczówki koloru chłodnego błękitu.
*Tatuaż –mały napis na prawym nadgarstku w antycznym dialekcie,
drugi podobny na lewej łopatce, także niewielki.
*Skrzydła prawie zawsze nosi niewidoczne pod skórą.

Charakter Postać Vittorio od zawsze owiana była tajemnicą. Mimo, iż na pierwszy rzut oka wydaje się być osobą towarzyską i rozrywkową, w rzeczywistości jest skryty i niedostępny. Rzadko kiedy mówi o sobie, a tym bardziej o swojej przeszłości. Jego tajemniczość działa jak magnes. Im bardziej mężczyzna stroni od wścibskich istot, tym bardziej do niego lgną.
W przeszłości nabawił się kilku fobii, z których ciężko jest mu się pozbyć. Nie są szkodliwe, aczkolwiek czasami stają się uciążliwe.
Vittorio jest opanowany i pedantyczny, rzadko buja w obłokach. Pewność siebie sprawia, że niejednokrotnie uważano go za snoba. . Po przez liczne doświadczenia zauważył, iż bardziej opłacalne jest trzymanie się cieniu, nie ukazywanie swoich prawdziwych emocji. Perfekcyjnie przyswoił sobie sztukę panowania nad samym sobą, swoim głosem, mimiką, i wszelkimi ludzkimi odruchami, przez co nauczył się z wyrafinowaniem i taktem pogrywać na uczuciach inny, przez co i manipulować nimi. Faktem jest, iż takie zabawy przynoszą mu nie lada satysfakcję.
Wbrew pozorom istoty lubią z nim przebywać, gdyż jest dowcipny , a jego kultura osobista wręcz działa jak miód na pszczoły w stosunku do kobiet. Młodzieniec potrafi doskonale dostosować się do zaistniałej sytuacji, dzięki temu radzi sobie nawet w największych katastrofach. Vittorio umie być miły i czarujący - osobą której ciężko się oprzeć. W znacznym stopniu pomaga mu jego naturalny wdzięk i ładne, gładkie oblicze.
Jest oczytany i inteligentny. Posiada analityczny umysł, wyciąganie wniosków, rozwiązywanie problemów nie przychodzą mu z trudem. Wyznaje zasadę, iż cel uświęca środki. Jest też niejako człowiekiem renesansu, osobą, która z uporem, konsekwentnie przyswaja każdą możliwa wiedzę i umiejętności.
Jego obecności nie da się nie zauważyć. Ma tak barwną, po trosze mroczną osobowość, że mimo swoich chęci pozostania anonimowym, rzadko mu się to udaje. Jego niezachwiana wewnętrzna równowaga czasami staje się irytującą dla innych. Zero emocji, a jak już są to bardzo delikatne i przeważnie nieszczere.
Lubi być panem sytuacji, nigdy nie działa pochopnie, jest zdystansowany. Chociaż wiadomo, że czasami nie można wszystkiego kontrolować, nad wszystkim mieć władzę.
Chociaż nie zdradza swojego wysoce zaawansowanego egoizmu, w rzeczywistości nie dba o żadne idee, nie zrzesza się, nie wchodzi w zażyłości. Zawsze patrzy na korzyści dla własnej osoby, które wyciągnie z danej znajomości. W każdym działaniu ma jakiś swój ukryty cel. Walczy o swoje z niezwykłą zaciętością, nieraz używając nienagannych słówek, jednakże nigdy siły własnych mięśni. Nie lubi się przemęczać. Nie ukazuje pokory i nie chyli głowy przed tymi, których uważa za niegodnych. Jednakże jest szczerze oddany własnym przekonaniom. Mało kogo darzy szacunkiem, ale jeżeli już napotka takiego delikwenta to jest mu lojalny, mimo swojej osobowości.

Historia Boimy się tego co jest, a bać się powinniśmy tego czego nie widzimy. Tego co nas prześladuje, tego co ma na myśli jedno: Zabić! Świat jest pełen nieochrzczonych dzieci.
Wysoki dom z lekko brudnymi cegłami, obrośnięty trującym bluszczem, znacznie różnił się od pozostałych domków w mieście. Stał na jego obrzeżach, co było przyczyną braku zainteresowania nim reszty społeczeństwa. Po prostu - stara rudera, której nikt nie chciał kupić, a i starzy właściciele umarli lub po prostu dawno temu się wyprowadzili. Jednakże owy dom skrywał tajemnicę. Okropną, straszną tajemnicę…
W czasie wojny w miasteczku ginęły dzieci w różnym wieku. Po jakimś czasie wszystkie, co do jednego znaleziono właśnie tutaj, w starym pokoju przypominającym salę operacyjną. Nikt nigdy nie odkrył co się z nimi działo. Zagadka nie została rozwikłana.
Pewnego dnia młoda kobieta o kasztanowych włosach urodziła dziecko w miejscowym szpitalu, jednakże nie było jej dane zobaczenie go. Lekarze od razu wynieśli niemowlę z porodówki. Zrozpaczona kobieta wyglądając przez okno dostrzegła dużego czerwonego vana wyjeżdżającego za miasto.
Wyczerpana i zmęczona trudami porodu podążyła za swoim instynktem. Ubrała się w pierwszy lepszy płaszcz i wybiegła ze szpitala. Biegła lasem, przedzierając się przez gąszcz drzew. Nie zwracała uwagi na kamienie i rozbite butelki raniące jej bose stopy. Wiedziała jedno, musi odzyskać dziecko, za wszelką cenę.
Biegła dalej chociaż trzewia ją paliły, a i złapaniu kolejnych porcji powietrza towarzyszył przejmujący ból w piersiach. Od czasu do czasu jej oczy zachodziły mgłą.
Na dworze panował już mrok, kiedy dotarła do utwardzonej drogi. Przed oczyma ukazał jej się stary, zniszczony dom obrośnięty trującym bluszczem. Na podjeździe zaparkowany był znajomy czerwony van.
Nagle usłyszała krzyk niemowlęcia. Głośny i wyraźny. Odruchowo zadrżała na te dźwięki. Nie zastawiała się długo. Szybko pokonała drogę, która dzieliła ją od drzwi frontowych. Jednakże przez chwilę stojąc na ganku zawahała się. Owa niepewność trwała zaledwie ułamki sekund. Zdecydowanym ruchem nacisnęła klamkę, która ani drgnęła pod wpływem jej dotyku. Zauważyła starą butelkę leżącą nieopodal, którą ujęła w obje dłonie i jednym mocnym ruchem uderzyła w szklaną szybę, którą rozbiła w tysiące kawałków.
Wreszcie dostała się do środka. Wnętrze było całkowicie puste. Wielka niezagospodarowana przestrzeń i schody prowadzące na górę. W tej chwili znów usłyszała ciche kwilenie niemowlęcia, lecz teraz dochodziło ono z dołu. Schodząc na dół zauważyła paląc się światło. Płacz jej dziecka stawał się coraz bardziej wyraźnym. Przez jej wątłe ciało przeszła fala dreszczy. Swoją szczupłą ręką opierała się o ścianę zostawiając na niej krwawe ślady. Teraz dźwięki stały się wyraźniejsze. Myślała, że się myli, jednakże nie była w błędzie. Słyszała kwilenie nie jednego dziecka, ale co najmniej kilkunastu.
Powoli weszła do oświetlonego pokoju. Białe ściany, a po kątach rozstawione kilkanaście kojców z niemowlakami. Jak ona rozpozna swoje? Wiedziała, że musi je jak najszybciej znaleźć i czym prędzej stąd uciekać.
Do jej uszu dotarł dźwięk skrzypiących drzwi. W mgnieniu oka schowała się pod jeden ze stołów operacyjnych. Złapała się mocno za kostki i przemknęła powieki. Ktoś wszedł do tego pomieszczenia. Ciężkie oficerskie buty mocno stąpały po drewnianej podłodze. Mężczyzna kucną i przetarł palcem po zakrwawionej podłodze. Śladów, które przecież należały do owej kobiety. Nagle oficer chwycił ją za nogę i wyrwał z bezpiecznej, jakby się wydawało, kryjówki. Wtedy zobaczyła jego twarz,. Twarz człowieka bezwzględnego i cynicznego. Spojrzał na nią swoimi zielonymi tęczówkami i chwycił za włosy i przeciągnął do pokoju obok. Jak śmiecia rzucił na pierwszy lepszy fotel starannie przywiązując.
Oficer wziął na ręce jedno z niemowląt – To chyba twoje – powiedział kładąc jej dziecko na kolanach. Był to chłopczyk o przenikliwie niebieskich oczach, ciekawie rozglądający się po pokoju. Nie płakał jak reszta dzieci. Siedział spokojnie, nawet nie kręcąc się zbytnio.
-Aleksandrze przestań. Mamy co chcieliśmy. To on – powiedział niski głos dobiegający z zaciemnionej części pokoju. –Idziemy- rozkazał, po czym obaj wyszli.
- Nie zabierajcie go! To moje dziecko!- mężczyźni nie wrócili. Niewiasta zamknęła oczy. Czuła, jak przepełnia ją smutek i rozpacz. Nie wiedziała, ile czasu tam leżała. Po prostu zasnęła. Na jak długo? Nie wiedziała. Nagle drzwi otworzyły się i do środka wbiegło kilku policjantów.
- Szukaliśmy panią!- krzyknął jeden z nich – Zgłoszono zaginięcie.
- Moje dziecko- wyszeptała
-Proszę?- policjant nie dosłyszał co mamrotała pod nosem.
-Chce moje dziecko – podniosła nieznacznie głos. Policjanci wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.
- Bardzo nam przykro…- odwiązali kobietę, która wybiegła do pokoju gdzie przed kilkoma godzinami stały kojce. Ku jej zdziwieniu nikogo nie było. Ściany były odrapane, lampy porozbijane. Wszystko wyglądało jakby nigdy nikogo tutaj nie było, a przynajmniej nie przez ostatnie trzydzieści lat.
-Co tu się stało? – zapytała zdezorientowana.
-Nic. Tu zawsze tak było. Na szczęście znaleźliśmy panią…
-A moje dziecko…
- Pani nigdy nie miała dziecka.
Kobieta podeszła do okna. Na parapecie leżała bransoletka z numerkiem. Ta sama, którą jej syn miał na ręku w szpitalu. Nic się nie odezwała. Odwróciła się tyłem i pozwoliła wyprowadzić z tego przeklętego budynku.
***
W klasztorze jak zwykle panowała przyjazna atmosfera. Mali chłopcy pozostawieni pod opieką mnichów pilnie ćwiczyli sztukę fechtunku ku uciesze ich nauczycieli. Tylko jeden z nich, mały, chudy blondyn siedział pod drzewem i bazgrolił coś w swoim notatniku. Malec po uprzednich dokładnych oględzinach walczących, oczywiście zachowując sporą odległość od pola bitewnego, zapisywał wszystko co zobaczył.
- Znów nie ćwiczysz tylko piszesz?- usłyszał srogi głos za sobą. Był on, aż zbyt dobrze znany młodziakowi.
- Prof. Min ja…- zaczął dukać nie wiedząc co powiedzieć. – Dobrze wiem. Opracowanie ruchów przeciwnika pomaga, ale i trenować trzeba by dojść do perfekcji…- uciął krótko. Mnich był osobą wyrozumiałą, aczkolwiek wymagającą. Chwycił notes i wyrwał chłopakowi z ręki. – Idź. Teraz twoja kolej – dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Chłopczyk o niebieskich oczach posłusznie wstał i ruszył w stronę rówieśnika, który już czekał nań na polu treningowym. Pozornie słabszy, chudszy i o wiele niższy blondyn, modrymi tęczówkami przyglądał się swojemu potężnemu przeciwnikowi.
-Zaczynajcie – niski głos mnicha donośnie rozległ się po okolicy. Chłopcy posłuchali . Walka nie trwała długo. Nie wiadomo z jakiej przyczyny malec, który początkowo zaczął wygrywać, teraz zwijał się z bólu trzymając za prawy nadgarstek.
Ciało dziecka było rozpalone, a na skórze zaczął pojawiać się napis w antycznym mało komu znanym dialekcie. Mnich ze zgrozą w oczach patrzył się na cierpienia blondyna. – Już czas…- wyszeptał do siebie, zwracając swoje zielone oczy ku niebiosom.
TOST
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Elys

avatar

Liczba postów : 1934
Age : 26
Registration date : 10/06/2008

Karta postaci
Srebrniki:

PisanieTemat: Re: Vittorio de Nostradame   Wto Wrz 07, 2010 4:52 pm

Karta zaakceptowana. Życzę miłej gry.
Dodatkowe punkty: +90
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://rasyfantasy.forumpolish.com
 
Vittorio de Nostradame
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Kraina Kayami :: ABC :: Zapisy :: Stare karty postaci-
Skocz do: